Strona Główna



  • Forum zostanie zamknięte w przeciągu kilku dni. Jeśli ktoś chciałby zatrzymać swoją kartę, to ma na to jeszcze trochę czasu. W tym miejscu chciałybyśmy podziękować wszystkim graczom za czas, jaki spędzili na forum tworząc je z nami.
    Dziękujemy - Administracja Caledonii.
    Obecnie na forum mamy luty, 2023 rok, -5 stopni celsjusza, lekkie opady śniegu.

  • Pryzmat: Nadszedł czas kolejnych zmian. Zniesienie obozów to był zaledwie początek. Prezydent Donovan po miesiącu od zwycięstwa w wyborach, podjęła kolejny spory krok w kierunku uwolnieniu uciśnionych psioników. - Zdecydowałam, że zamykam projekt pryzmat. Psionicy, chociaż mają przewagę z mocami, to jednak dalej dzieci. Nie powinniśmy was wykorzystywać jako ochronę. Dlatego też wysyłam was na osiedle. Będziecie mieli tam zapewnione wszystko, co będzie potrzebne i będziecie mogli tam żyć bez strachu o jutro. - poinformowała ich dalej spokojnym tonem nie przerywając swojego wywodu, nawet jeśli usłyszała okrzyki protestu. Nie zamierzała się ugiąć. Już dosyć krzywdy wyrządzili tym dzieciakom. Starczy tego dobrego, pora im dać trochę wolności i chociaż namiastkę życia, które zostało im brutalnie wyrwane przez epidemię. W związku z powyższym członkowie biorący udział w projekcie, znanym pod nazwą Pryzmat zostali oddelegowani ze służby na zasłużony odpoczynek. Od teraz zamieszkają oni w niewielkim miasteczku położonym niedaleko Denver.


Poprzedni temat «» Następny temat
[Pryzmat] Sahir Nailah
Autor Wiadomość
Sahir Nailah


21

Czerwień




niezrzesz-male http://i.imgur.com/i3ry5YH.png syndykat-male http://i.imgur.com/WXYGpT9.png pryzmat-male http://i.imgur.com/gTiQdIs.png

Wysłany: 2016-11-07, 13:30   [Pryzmat] Sahir Nailah
   Multikonta: Śmierć, Shirei, Lucis





Sahir


Nailah


20 lat



† Podobno ma fetysz na łyżeczki.
† Nowy okaz róży jerychońskiej. Lubi się toczyć.
† Okaz lenivusa pospolitusa.
† Broni się mężnie przed bakterią głupotus debilismus.
† Kot. Czarny Kot. Black Cat of Misfortune.
† Mieszanka. Pół-krwi japoniec. Nie, nie ma skośnych oczu. Za to ma czarne ślepia i krucze włosy.

Było ciemno.
Ciemno pomimo tego, że słońce jeszcze unosiło się na niebie i krążyło za chmurami wokół Ziemi – albo to Ziemia krążyła jednak wokół tego słońca? - piękna teoria, ale ma w sobie za mało egocentryczności – więc pozostańmy przy tym, że to ta wielka gwiazda kręciła się wokół globu, nie na odwrót – i nie chciała wyglądać zza szarej pierzyny, z której sączyła się lodowata mżawka. Tylko dzięki wczesnej godzinie udało ci się skryć pod plastikowym zadaszeniem przystanku autobusowego z nosem schowanym w szaliku i z łapami ubranymi w rękawiczki w kieszeniach – wpatrywanie się w niebo nic nie pomagało – deszcz jak opadał swymi pół-kroplami rozciągniętymi na długość, których nawet nie czuć było w pojedynczych wersjach na policzkach, tak padać dalej zamierzał – może to i lepiej, słońce nigdy ci nie służyło i nie należało do twoich ulubionych zjawisk w całej przyrodzie, która przecież tak go potrzebowała, by przeprowadzać całą... fotosyntezę – a to z kolei było niezbędne roślinożercom, żeby potem wyrosłe rośliny mogły pożerać, a to było niezbędne drapieżcom – świat stałby się zbyt niebezpieczny, gdyby chodziły po nim wyłącznie ci, którzy urodzili się mordercami i z mordów żyli, zapewniając sobie tak czasem bardziej, czasem mniej dostatnie życie – wszystko zależało od odrobiny szczęścia – to było takimi pięcioma procentami – potem było jeszcze pięć procent koncentracji i woli, a cała reszta to umiejętności – w nich można zaliczyć te, z którymi się urodziliśmy, bo nasza dusza je zapamiętała z poprzednich żywotów, czy też została pobłogosławiona przez miłościwego Boga, jak kto woli, jak i te, które nabywamy ciężką pracą, orząc jak głupie osły w szkołach i pracy, byle tylko się czegoś dorobić – czego właściwie? Większość powiedziałaby, że pieniędzy, ale to raczej nie do końca o to chodziło – podświadomość nie oczekiwała pieniędzy, podświadomość oczekiwała rzeczy większych i doskonalszych – tak szeroko pojętych jak na przykład szczęście i tak pierwotnych i potężnych jak przetrwanie gatunku, ciągnące się w monotonii za każdym istnieniem – gdyby się uprzeć to nawet można by powiedzieć, że kamień też dąży do przetrwania, skoro jest taki twardy – natura ugruntowała go w niezbędną zbroję chroniącą przed większością urazów i uszkodzeń – ale to by była już abstrakcja nieco za daleko posunięta abstrakcja. Zdolność powiedzenia "stop" i "nie" należała do coraz bardziej cenionych zdolności w obecnych czasach – przynajmniej samemu Sahirowi tak się wydawało – przy wszystkim, co się działo, co się zmieniało w oczach, tam na zewnątrz, gdzie to jednak Ziemia kręciła się wokół Słońca, podczas gdy jednak te zmiany chciałoby się zatrzymać – i zablokować płynący czas, który sunął zbyt szybko, by już na zawsze zostać w wieku 14 lat – pełnoletność? Na co to komu było? Wszystkie dzieciaki tak bardzo chciały dorastać, świętowały hucznie osiemnastkę, nie mogli się doczekać swojej "niezależności", nie zdając sobie sprawy z tego, że to, czy jest się nie zależnym, czy nie jest, nie ma wielkiego związku z tą magiczną liczbą – większości się wydawało, że kiedy dobiją do osiemnastki, to nagle staną się mądrzy i będą mogli samostanowić o swoim losie, przyjmując na siebie wszystkie konsekwencje swoich decyzji – tylko że potem się okazywało, że jedna z drugim biegli do rodziców z płaczem, błagając ich z płaczem o zlitowanie się nad nimi i o pomoc z bajzlem, który narobili, bo "byli głupi i młodzi" – trzeba tak było to rozwiązywać? Prowadzić swoje życie do stanu, w którym było ruiną, z której ciężko było wygrzebać jakiekolwiek wartości? Głupi mądry przed szkodą – mądry i po szkodzie – pewnie dlatego nie wszyscy byli w stanie cokolwiek osiągnąć, pewnie dlatego potrafiła rosnąć stopa bezrobocia w tym kraju i pewnie dlatego najlepiej, co wszystkim wychodziło po równi, to narzekanie – a narzekać można było na wszystko – czasami nawet było to całkiem rozsądne i konstruktywne narzekanie, ale zazwyczaj tylko paplanina, która miała na celu polepszenie samopoczucie narzekającego, który próbował wszystkim udowodnić, że to wcale nie on jest leniwym nierobem, tylko cały ten kraj, rząd i tamta pani, która wczoraj zamiatała ulice, bo przez to, że robiła to za energicznie, to biednemu spacerującemu zakręciło się w nosie, kichnął i pare pyłków ubrudziło mu sweter, a miał właśnie iść po świeżą zero połówkę do monopolowego – i jak tu teraz iść, takim brudnym i nieświeżym – a po monopolowym przecież od razu miał iść na spotkanie o pracę, ale o, masz ci los! Nieuważna sprzątaczka wszystko zepsuła, uwzięła się na niego, zrobiła to specjalnie! Takiego wielkiego pecha mieli zawsze ludzie z gatunku "Narzekający" – ot i grupa, która nic nie robiła – oprócz oczywiście narzekania, by cokolwiek zmienić w kierunku poprawy statusu rzeczy, które tak mocno im wadziły.
Autobus przyjechał punktualnie – zasyczał, kiedy nieco powietrza z niego uleciało i osiadł niżej, otwierając następnie swoje drzwi – Sahir wsiadł do środka i rozglądnął się po opustoszałym wnętrzu – na końcu siedziało paru dresów, którzy głośno się śmiali i puszczali z telefonu rapsy pierwszej klasy, z boku, przy oknie, siedziała jakaś dziewczyna ze słuchawkami na uszach i klikała coś zawzięcie na telefonie z uśmiechem na twarzy, tuż przy wejściu, na czteroosobowym siedzeniu, babcia z zakupami i laską, wyciągała przed siebie nogę, która najwyraźniej musiała ją boleć – miała niewyraźną minę, poznaczoną zmarszczkami cichego cierpienia – osoba, przy której nie było nikogo, kto mógłby jej pomóc – przynajmniej nie w tym momencie, bo kto wie, może miała rodzinę, która ją wspierała, ale ta się nie przyznawała do tego, że cokolwiek ją boli, a może miała rodzinę, ale ta rodzina nie chciała mieć z nią nic wspólnego – trudno to wyjaśnić, ale to było widać po jej ciepłej twarzy – to nie mogła być zła osoba. Sahir usiadł naprzeciwko niej cicho i powoli, by nie wyrywać jej ze stanu, który wyglądał jak półsen i nasunął słuchawki na uszy, wsłuchując się w niespokojne, pojedyncze dźwięczenia, które zaczęły się rozlegać, kiedy tylko nacisnął play na telefonie, przypominające odgłos uderzania w cynowy dzbanek w oddali, gdzieś w tle – odgłos, który w ciemnościach przyśpieszał bicie serca, ale który zaraz rozpraszało łagodne pociąganie strun gitary – wyciszone i wtapiające się w mżawkę otulającą szarugą świat zewnętrzny.
"You belived
You belived in moments not conceived
You belived in me..."
Głos dopełnił całej hipnotyzującej melodii gdy autobus już ruszył z przystanku, na którym zabawił dłużej ze względu na palące się na skrzyżowaniu światła – ale w końcu ruszył i zaczął przesuwać namacalny świat za oknem – ten świat przesuwał się względem nas, nie my względem niego – ten świat był przypięty do naszego postrzegania w sposób na tyle odległy, by każdy obrazek ujrzany za szybą był obrazkiem wyśnionym, wyciągniętym z wyobraźni, która odbierała bodźce eterycznej piosenki i docierała do samego serca, rozprężając wszystkie mięśnie, udowadniając, że była czymś więcej, niż tylko pustym utworem bez przekazu – udowadniając, że była utworem, w którego zrobienie włożono duszę jej twórców i by ten, kto ją odbierał, pochłaniał ją całym swoim jestestwem.
Przeprawa z przystanku do domu była dość długa – Nailahowi drętwiały ręce od chłodu powietrza gryzącego w policzki, wciśnięcie ich w kieszenie płaszcza było jedynym sensownym rozwiązaniem. Mały chłopiec? Chłopiec, którego ciało było małe - oczy dawno przestały być oczami dziecka. Zadzwonił domofonem raz, drugi, trzeci - tym domofonem, który miał mu otworzyć bramy do mieszkania – nikt nie odpowiadał – pchnął w końcu drzwi do klatki i same się otworzyły – wyglądało na to, że ktoś ich porządnie nie zatrzasnął – naprawdę to chyba nie robiło już żadnej różnicy przy tej jakości kamienicy – wszedł na najwyższe piętro i spróbował zadzwonić tutaj – cisza. Znowu nie było żadnego odzewu. Przyłożył ucho do drzwi, ale chyba naprawdę nikogo nie było – matka była w pracy, a ojciec miał dzisiaj wyjść na spotkanie o jedną, więc nic dziwnego. Sięgnął do kieszeni po klucze, otworzył drzwi i nasunął na uszy słuchawki, tonąc w kolejnych dźwiękach, które spłynęły balsamem na jego jestestwo – po przymknięciu oczu i odcięciu się od świata zewnętrznego słuchowo to miejsce stawało się o wiele lepszym miejscem – można było je zamienić w bajkę – chociażby i tą samą, w której biegało się na jednorożcu po tęczy, albo może takiej, w której wkładało się martwego motyla do słoika, przyklejało go do gałązki, którą opierało się w pionie o ścianki szklanego naczynia i wsypywało trochę trawy, by przypominała taką prawdziwą – tylko ta byłaby ususzona, żeby w środku nie zwiędła – wrzucało się parę kamyczków i zamykało - a potem podziwiało. Zminiaturyzowany świat, który wszystkim się podobał, bo był tak motylek – nie ważne, że martwy – ważne, że cieszył oczy swoimi barwami – ludzie byli naprawdę bardzo prości w obsłudze…
Rozebrałeś się, odłożyłeś plecak na podłogę – w salonie nie było ojca, telewizor był wyłączony – naprawdę był jeszcze w pracy..? – bo naprawdę, Eryk w domu, który wyłącza telewizor? - to się nie zdarzało – ten telewizor był ołtarzem – świętością, przed którą najchętniej widziałby całą rodzinę, niemą, wpatrzoną w migające obrazy – czasami ci się wydawało, że on nawet nie widzi tych obrazów – że wtedy odlatuje w świat swoich myśli, a zmieniające się tło telewizora, w którym utkwione były jego oczy, były tylko przekaźnikiem, medium mającym to umożliwić. Skierował się do kuchni. Zaszeleściła reklamówka i stuknął słoik o wytarty blat – wyciągnąłeś z siatki paragon, który położyłeś na stole, resztę z kieszeni przełożyłeś do kurtki ojca, sos bolognese położyłeś do odpowiedniej szafki, makaon jeszcze był, więc dokupiłeś tylko mięsa mielonego, które schowałeś do lodówki, żeby się do jutra nie zepsuło – tak, z pewnością taniej wyszłoby zrobienie sosu z przecieru, ale nie miałeś czasu się w to bawić – nie jutro – i nie miałeś też najmniejszej na to ochoty – a akurat wiedziałeś, że Eryk nie zwróci na to uwagi – Chizuru pewnie też nie, skoro gdzieś pewnie teraz balowała po godzinach. Albo siedziała dłużej w pracy. Whatever.
Przeszedłeś przez pokój i skontrolowałeś, czy czasem na szafkach nie piękni się kurz, żeby w razie czego jutro nie było przypału, ale wszystko było w najlepszym porządku – wciąż czysto po wtorkowych porządkach, które zrobiłeś – i wszedłeś do pokoju, ściągając z szyi słuchawki, które rzuciłeś wraz z telefonem na łóżko, wyłączając muzykę.
- Możesz mi powiedzieć, co to jest?
Nailah podskoczył jak oparzony, wpadając na szafeczkę nocną stojącą tuż przy łóżku za swoimi plecami, o którą podparł się dłonią dla asekuracji, w utracie pewności siebie, gdy serce podeszło aż do gardła – przy twoim biurku siedział Eryk – a na blacie wyłożone były jego fajki, butelka niedopitej wódki, paluszki Pocky, które oglądał ze wszystkich stron – i zeszyt z rysunkami – pierdolony zeszyt z rysunkami, w którym było zbyt wiele rzeczy poza zwykłymi bazgrołami – zbyt wiele prywatnych rzeczy...
Zaczynanie tłumaczenia się od "tato" niczego by nie zmieniło. Żadne słowa by niczego nie zmieniły.
Wystartowałeś do biegu – obolałe mięśnie słyszalnie jęknęły w twoim własnym umyśle, nabrałeś głębszego wdechu – jak gepard na sawannie, urodzony do biegu – wystartowałeś natychmiast – i natychmiast za tobą wystartował Eryk.
Nawet nie krzyczał.
Usłyszałeś tylko jak krzesło jęknęło i jak zostało pchnięte w tył – złapałeś się dłonią framugi i zakręciłeś prosto do salonu – z salony prosto do korytarzyka – nie zdążyłeś założyć zamka, dobrze! - nacisnąłeś klamkę – i na bosaka, w samych skarpetkach – wypadłeś na klatkę schodową, nawet nie oglądając się za siebie – biegł za tobą, czułeś to całym swoim ciałem, słyszałeś jego miękkie kroki – zbyt miękkie jak na tak zbudowanego osobnika – nie do przesady, rzecz jasna, Pudzianem nie był – ale wciąż był dość wysoki i umięśniony – złapałeś się dłonią barierki i zeskoczyłeś po dwa schodki w dół w szalonym pędzie.
Nie wyrobiłeś na zakręcie.
Poczułeś, jak coś ciągnię cię w tył, łapie mocno za bark i ściska z całej siły – szarpnąłeś się więc automatycznie w przód i obróciłeś, łapiąc ojca za przedramię, by oderwać jego palce od swojej ręki, wyrwać się z jego żelaznego uścisku, z kajdan – dość, brzęczały wręcz w uszach żelazne ogniwa spinające twoją smycz do tego miejsca – dość! - wrzeszczała twoja podświadomość – zamiast strachu czułeś wściekłość – miałeś ochotę gryźć, szarpać – schodziliście w dół – jeden, drugi schodek – plątały ci się nogi, kiedy szarpałeś się jak oszalały – wokół rozległ się smród przypalanego mięsa, przypalanej skóry, ale w ogóle do ciebie nie docierał - docierał za to do Eryka, który patrzył w szoku i zdumieniu, jak drobna, zaciśnięta na jego przedramieniu dłoń chłopaka wypala jego mięso. Wymierzyłeś sierpowego w twarz ojca, ale stał za wysoko, żebyś mógł go dosięgnąć – i jednocześnie był wystarczająco blisko, żeby został zmuszony do puszczenia cię, jeśli nie chciał oberwać petardy w twarz – jeśli nie chciał też spalonej twarzy - cały ból ciała, mięśni, wszystko zniknęło, pozostawiając buzującą we krwi adrenalinę, która zamiatała pod dywan wszystko okraszone słowem "niemożliwe" – zmęczenie, wolne ruchy, osowiałość – wszystko to rozprysnęło się z taką samą łatwością, z jakim dziecko miażdży w swoich dłoniach bańkę mydlaną – tylko że bańka była piękna – te odczucia takie nie były. Eryk syknął z bólu, odsuwając się z drżącą ręką. Wyzwolony zeskoczyłeś na piętro – nadal nie obchodziło cię to, co się działo z ojcem – podstawowa zasada – nie tracić czasu i energii na oglądanie się – jeśli przeciwnik był blisko, to i tak cię złapie, jeśli daleko, to i tak uciekniesz – to, czy go widzisz, czy nie, kompletnie niczego nie zmieniało – i wszystko byłoby pięknie, fajnie, gdyby nie to, że jakimś cudem prędkość rozpędu sprawiła, że wpadłeś na ścianę naprzeciwko i zderzyłeś się z nią boleśnie. Zamroczyło. A on zeskoczył za tobą – praktycznie wpadł na ciebie – jęknąłeś, przymiażdżony do ściany masywnym ciałem Eryka, uderzyłeś potylicą w twardy kamień, na moment czując mroczki przed oczami i bezwład własnego ciała i mięśni – sam napastnik wydawał się jednak mieć wszystko pod kontrolą – złapał cię za nadgarstek i szarpnął cię mocno, wrzucając cię na barierki przy schodach, których instynktownie się złapałeś, żeby nie upaść na kolana – kolejna zasada – nigdy nie siadaj, bo potem możesz już nie wstać – chociaż kolana się pod tobą ugięły i musiałeś poświęcić krótką chwilkę na zebranie się w sobie – wystarczająco długą chwilę dla samego oponenta, który wolno zdążył do ciebie podejść i złapać cię za kark, ciągnąc już w drogę powrotną.
Nie, nie, nie, tylko nie tam..!
Ciepło - zaczęło się robić bardzo ciepło - rejestracja rzeczywistości w umyśle dziecka zaczęła szwankować - ledwo dostrzegałeś sylwetkę Chizuru, która stała niżej, na schodach, spoglądając na was ze zdumieniem. Krzyczała? Ojciec chyba też coś krzyczał. Nie słyszałeś - pisk w uszach zagłuszał świat, tłumił każdy bodziec słuchowy - pisk w uszach i mantra: wszędzie, tylko nie tam..!
Do jaskini lwa, który nie wypuszczał ze swojej paszczy.
Blask ognia zalał klatkę schodową - zapłonął okręgiem, chociaż na ziemi nie było żadnego surowca, na którym mógłby się utrzymywać - uczepił się barierek, których trzymały się ręce Sahira, szybko zaczął pełzać wokół, wczepiając się żądnymi krwi zębiskami w każdy drewniany fragment. W każdy cielesny fragment - na przykład włosy Chizuru…
Ty już chyba też krzyczałeś.
Z całej siły odbiłeś się rękoma od barierek – i nogami od ziemi, by skoczyć w tył – a zaraz za tobą powędrowała ręka Eryka, z którego pięścią spotkała się twoja twarz.
I twój skok w tył zakończył się upadkiem w bok.
Prosto na schody prowadzące w dół.
Uderzyłeś barkiem i całym bokiem o kanty ostrych krawędzi.
Bolało.
Bardzo bolało.
Ostatnie, co pamiętałeś, to mgliste wspomnienie ciepła i przyjemnej pomarańczy płomieni.

1. Urodzony 26.10.2002 roku
Dziecko Caina i Chizuru. Zamieszkał z matką, która niedługo po urodzeniu się syna poślubiła "mężczyznę swojego życia", jednak swojego prawdziwego ojca odwiedzał i bawił się z braćmi oraz jedyną siostrą, chociaż bawił to za wiele powiedziane - raczej biegał za innymi.

2. 2016 rok - wybuch epidemii
Chizuru zmarła w wyniku wybuchu mocy Sahira, Eryk z synem przetrwali. Błąkając się po ulicach miasta jako bezdomni (spłonęła cała kamienica) zostali w końcu znalezieni przez agentów i wcieleni do Ligi. Tam częste odwiedziny w Akwarium przeplatały się z misjami i treningami. Eryk stał się jednym z pracujących tam osób - dawny wojskowy był w cenie.

3. Wrzesień 2022 rok - upadek Ligi
Sahir wrócił z jednej z misjii zakończonej fiaskiem przez jego wybuch - Akwarium! I tam też został znaleziony i zabrany stamtąd do Pryzmatu.


_________________
Cute.
You still call me "human".
Ostatnio zmieniony przez Kelly McCarthy 2016-12-26, 00:07, w całości zmieniany 8 razy  
 
 
Valerie Cadle


18

Czerwona




syndykat-female http://i.imgur.com/WXYGpT9.png pryzmat-female http://i.imgur.com/gTiQdIs.png niezrzesz-female http://i.imgur.com/i3ry5YH.png liga-female http://i.imgur.com/wei1zSu.png

Wysłany: 2016-11-08, 15:39   
   Multikonta: MG, Willow, Lux


Akceptacja Karty
Cześć, witamy w Pryzmacie! Pamiętaj o założeniu swojego informatora jak i relacji. Co do reszty - grę możesz zacząć w każdym momencie, wiadome! Jeśli masz jakieś pytania bądź sugestie co do Twojej rozgrywki - po prostu odezwij się na moje PW/GG. Chętnie wprowadzę Cię w to, jak wygląda Pryzmat i co się właściwie teraz dzieje (na dniach będzie kolejny wpis fabularny). Witamy na forum! :)
_________________


 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ZAMKNIĘTY ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  


Forum zostało otwarte 2016-08-15. Pomysł na nagłówek zaczerpnięty z Shine. Autorem systemu zakładek jest Noritoshi.
Strona wygenerowana w 0,067 sekundy. Zapytań do SQL: 10