Strona Główna



  • Forum zostanie zamknięte w przeciągu kilku dni. Jeśli ktoś chciałby zatrzymać swoją kartę, to ma na to jeszcze trochę czasu. W tym miejscu chciałybyśmy podziękować wszystkim graczom za czas, jaki spędzili na forum tworząc je z nami.
    Dziękujemy - Administracja Caledonii.
    Obecnie na forum mamy luty, 2023 rok, -5 stopni celsjusza, lekkie opady śniegu.

  • Pryzmat: Nadszedł czas kolejnych zmian. Zniesienie obozów to był zaledwie początek. Prezydent Donovan po miesiącu od zwycięstwa w wyborach, podjęła kolejny spory krok w kierunku uwolnieniu uciśnionych psioników. - Zdecydowałam, że zamykam projekt pryzmat. Psionicy, chociaż mają przewagę z mocami, to jednak dalej dzieci. Nie powinniśmy was wykorzystywać jako ochronę. Dlatego też wysyłam was na osiedle. Będziecie mieli tam zapewnione wszystko, co będzie potrzebne i będziecie mogli tam żyć bez strachu o jutro. - poinformowała ich dalej spokojnym tonem nie przerywając swojego wywodu, nawet jeśli usłyszała okrzyki protestu. Nie zamierzała się ugiąć. Już dosyć krzywdy wyrządzili tym dzieciakom. Starczy tego dobrego, pora im dać trochę wolności i chociaż namiastkę życia, które zostało im brutalnie wyrwane przez epidemię. W związku z powyższym członkowie biorący udział w projekcie, znanym pod nazwą Pryzmat zostali oddelegowani ze służby na zasłużony odpoczynek. Od teraz zamieszkają oni w niewielkim miasteczku położonym niedaleko Denver.


Poprzedni temat «» Następny temat
Plac przy podziemiach
Autor Wiadomość
Mistrz Gry


Milion lat

Mistrz Gry



Wysłany: 2016-11-12, 23:09   Plac przy podziemiach
   Multikonta: Admin
[Cytuj]

Sporej wielkości przestrzeń, zaraz obok jednego z głównych wejść do kompleksu. Wszędzie na trawnikach kwitną maki, a same trawniki są równiutko przycięte. Jest tam kilka ławek, któe ustawione są przy drzewach. Niedaleko jest wejście do podziemi, które zostało zaklejone taśmą.
 
 
John White


19

Zieleń




niezrzesz-male http://i.imgur.com/i3ry5YH.png pryzmat-male http://i.imgur.com/gTiQdIs.png owd-male http://i.imgur.com/baq9buf.png

Wysłany: 2016-11-12, 23:42   
   Multikonta: Alice, Nathan
[Cytuj]

Na szczęście John nie widział jak Carter miota niewinnymi, bo z pewnością nie odezwałby się do niej tak uprzejmym (wbrew pozorom) tonem. -Dobre pytanie. - Uśmiechnął się. Lubił jak ktoś zadawał mądre pytania. -Z jednej strony to nie jej wina, że stworzyli z niej żywą broń. Dlatego nie można obwiniać Ligi za to, że ludzie się nas boją. Liga była zła, ale powstała tylko dlatego, że obozy były jeszcze gorsze. Ale osoby takie jak ona... Jej błędem jest to, że nie chce wrócić do normalności. Uparcie wierzy w to, że to jedyna droga. Nie chce słuchać rozsądnych argumentów. Ludzie tacy jak ona nie chcą spojrzeć dalej, widzą jedynie drogę tuż przed sobą, starają się nie potknąć i wybierać najwygodniejsze w danym momencie opcje. Nie widzą, że ta droga prowadzi do przepaści. - Spojrzał na Carter. -Jedyną słuszną drogą jest pokazanie ludziom, że możemy być przydatni. Że nie trzeba się nas bać, że możemy żyć w społeczeństwie jak wszyscy inni ludzie. Na początku było to niemożliwe. Traciliśmy kontrolę nad mocami, nie byliśmy w stanie się powstrzymać. Jednak czasy się zmieniły. Nasz kraj zmierza do upadku. Jeśli tak dalej pójdzie, USA przestanie istnieć. Rząd nie ma wyboru, musi nam zaufać. A my mamy już kontrolę nad tym co robimy... Przynajmniej większość z nas. Możemy tej kontroli nauczyć nowych PSI... Możemy działać na korzyść ogółu. Tocząc bezsensowne walki i trzymając bezsensowną urazę do całego świata nic nie zmienimy. - Ziewnął głęboko. -Niestety, nie wszyscy to rozumieją. Żeby to zrozumieć należy myśleć. Mam nadzieję, że jesteś jedną z tych osób które to robią. Przemocą nic nie zdziałasz. Przemocy używają zwierzęta, inteligentni ludzie używają rozumu. - Rozejrzał się po placu. -Właśnie, muszę odwiedzić laboratorium. Trochę się nudzę. Chcesz iść ze mną? - Zapytał wskazując kciukiem na drogę do laboratorium córki prezydenta. W sumie stwierdzenie, że się nudzi wydawało się być trochę nie na miejscu, zważywszy na ostatnie wydarzenia. Ale chłopak chyba tego nie zauważył. Co więcej, chyba polubił Carter, bo mało kogo zapraszał do laboratorium. Cóż... Dziewczyna zdawała się myśleć, i dzięki temu złapała ogromnego plusa u zielonego czy tego chciała czy nie. Jego ocena pewnie by spadła gdyby widział jak się przed chwilą zachowała, no ale czego oczy nie widzą tego Johnowi nie żal.
_________________
To the rational mind, nothing is inexplicable; only unexplained.
 
 
Carter Hunt


20 lat

Niebieski




niezrzesz-female http://i.imgur.com/i3ry5YH.png pryzmat-female http://i.imgur.com/gTiQdIs.png syndykat-female http://i.imgur.com/WXYGpT9.png

Wysłany: 2016-11-13, 00:10   
   Multikonta: Kira K.; Lola Rodriguez
[Cytuj]

Nie była z tego dumna, dała ponieść się emocjom, co w tym przypadku nie było zbyt dobre. W końcu ci ludzie chcieli im pomóc, mimo że często nie byli w stanie. Oczywiście Carter mogła się tłumaczyć, że kobieta nie powinna jej dotykać, bo miała problemy związane z bestialstwem Trzynastki i tak dalej. Jednak sądząc po reakcji raczej nie wysłuchałaby powodów, które kierowały Carter, gdy przerzucała ją przez ramię.
- Przemoc, rodzi przemoc. - Cały wywód Johna mogła skwitować jednym prostym zdaniem, choć dla chłopaka pewnie było to o wiele za mało. Carter starała upraszczać pewne rzeczy, żeby nie musieć potem całych dni spędzać na rozmyślaniu.
- Zwykli ludzie boją się nas. Nie rozumieją nas, tego co potrafimy, a niezrozumienie budzi strach. - Była to prawda stara, jak świat, którą nawet Carter znała. Zresztą była to też ostatnia rzecz, jaką usłyszała od ojca, gdy wyjeżdżała do ośrodka Pryzmatu.
- Pewnie, na pewno będzie to ciekawsze, niż bezsensowne wałęsanie się wokół. - I tak nie znajdzie osoby, która zabiła tamtą kobietę. Nie mogła też uczestniczyć w sekcji, czy co tam będą robili. Pryzmat starał się ich chronić przed widokiem skutków przemocy, ale jednocześnie do niej zachęcał. Bez sensu...
- Też wcześniej byłeś w Lidze? - Skoro miała towarzyszyć Johnowi, to mogłaby czegoś się o nim dowiedzieć. Wcześniej chyba nie widziała go w Pryzmacie, więc musieli przywieźć go stosunkowo niedawno. Była też ciekawa, jak wyglądało życie dzieci PSI poza ośrodkiem, gdzie zawsze mieli dostęp do niemal wszystkiego, co niegdyś towarzyszyło w ich dawnym życiu.
Jak radzili sobie PSI poza bezpiecznymi murami, na wolności, gdzie wieli pewnie chciało ich dorwać, zlikwidować, czy wykorzystać?
 
 
Sahir Nailah


21

Czerwień




niezrzesz-male http://i.imgur.com/i3ry5YH.png syndykat-male http://i.imgur.com/WXYGpT9.png pryzmat-male http://i.imgur.com/gTiQdIs.png

Wysłany: 2016-12-31, 12:16   
   Multikonta: Śmierć, Shirei, Lucis
[Cytuj]

Lubił śnieg.
Białe płatki wolno opadały z nieba i bezszelestnie zderzały ze wszystkimi przeszkodami, które stanęły na ich drodze - niektóre spływały w dół po śliskich nawierzchniach, niektóre zostawały w miejscu, na które spadły i piętrzyły się, przygniatane coraz to nowymi drobinkami. Nie miał nawet okazji zobaczyć tego miejsca w jego pełnym rozkwicie, kiedy maki rozwijały płatki czerwone jak tętnicza krew i zalewały równą zieleń trawy, wyciągając swe głowy ku słońcu niczym bezbożnicy nie obawiający się klęski Ikara, nie mógł sobie tego nawet wyobrazić w amoku bieli rozanielającą melancholijnym stanem. Powinna rozanielać. Tak sądzę. Przecież zbliżało się Boże Narodzenie, które powinno być świętem dobrym, mądrym, pełnym ciepła - rozglądając się wokół na pewno można by znaleźć osoby, które ten świąteczny klimat odczuwały, na pewno byłoby to możliwe... gdyby tylko chciało się rozglądać. Szukać czyjegoś szczęścia. Szukać czyjegoś ciepła wymierzonego w drugą osobę, a nie zamkniętego egoistycznie w puszeczce na dnie swego serca, które przestawało być ciepłem - stawało się obojętną zmarzliną - taką samą, w jaką zamieniały się piękne płatki śniegu, gdy już warstwą zebrały się na podłożu i Panienka Zima przypieczętowała ich los niskimi temperaturami. On należał do tych, którzy się po placu rozejrzeli w tym poszukiwaniu, zatrzymując na uboczu.
_________________
Cute.
You still call me "human".
 
 
Freya Baldwin


19 lat

Pomarańczowa




niezrzesz-female http://i.imgur.com/i3ry5YH.png syndykat-female http://i.imgur.com/WXYGpT9.png pryzmat-female http://i.imgur.com/gTiQdIs.png

Wysłany: 2017-01-02, 01:44   
   Multikonta: Jake, Gigi
[Cytuj]

Freya nie nalegała na odpowiedź - gdyby chciała, sama wygrzebałaby jej to z głowy, ale teraz nie chciała nawet tracić na to energii.
Wyjście z kliniki poszło zaskakująco gładko. Nikt ich nie zaczepił, nikt nic nawet nie powiedział, jakby nikogo za bardzo nie obchodziło, co dzieje się z pacjentami, którzy nie są pod ich opieką. Co w gruncie rzeczy miało przecież sens.
Dziewczyna nie pytała, gdzie Lux ją prowadzi - ufała, że ta faktycznie wie, gdzie iść. Cała droga minęła im w milczeniu, Freya była chyba zbyt poddenerwowana i podekscytowana jednocześnie, żeby rozmawiać.
Niestety, nie przewidziała jednego. Albo inaczej - zapomniała o tym. Po wyjściu na zewnątrz okazało się, że jest cholernie zimno. I co gorsza - pada śnieg. A Freya wciąż miała na sobie jedynie szlafrok i piżamę. No trudno.
Trzęsąc się niemal z zimna, wciąż podążała za Lux. Po jakiejś chwili zorientowała się, że idą na plac - w końcu nie raz już tam była. Jednak kiedy dotarły na miejsce… Tego się nie spodziewała.
Było tam zaskakująco dużo ludzi, jakieś rzędy ławek, dywan, ale nie to było najbardziej szokujące... Po środku tego całego zamieszania stała trumna.
Czyżby pogrzeb? Tylko czyj?
Zanim dziewczyna zdążyła dopytać, o co tu właściwie chodzi, Lux już się oddaliła, wskazując jej uprzednio Sahira.
Freya rzuciła jej tylko telepatyczne "dziękuję" i skierowała się w stronę chłopaka.
Tylko co teraz?
Zatrzymała się kilka kroków za nim. Hmm... Powinna powiedzieć "cześć"? Chyba zbyt mało wyszukanie... Może lepiej "witaj"? Hmm, jakoś za oficjalnie, nie? Albo nic nie mówić? Że niby tak tajemniczo? O, albo może go po prostu przytuli? Ale tak bez słowa? Chyba też wyjdzie słabo...
Stała tak dobrą chwilę, wpatrując się w plecy chłopaka. W końcu stwierdziła, że najlepsze będzie najprostsze rozwiązanie.
Sahir.
Posłała do jego umysłu to jedno słowo, czekając na reakcję.
Powinnam dodać, że zamarła w bezruchu, czy coś, czekając na reakcję, ale, nie - tak bardzo telepała się z zimna, że bezruch nie wchodził w grę.
_________________

x
 
 
Sahir Nailah


21

Czerwień




niezrzesz-male http://i.imgur.com/i3ry5YH.png syndykat-male http://i.imgur.com/WXYGpT9.png pryzmat-male http://i.imgur.com/gTiQdIs.png

Wysłany: 2017-01-02, 02:27   
   Multikonta: Śmierć, Shirei, Lucis
[Cytuj]

Zimno.
Ludzkie sylwetki przelatały się, zlewały ze sobą w morzu czerni odciętym na tle szarości świata ledwo przypruszanym bielą śniegu, morze, fale - jeden nurt smutku, który obmywał kostki chłodem wody i podmywał pod palcami piasek, pozostawiając go mokrym, było przecież zbyt chłodno, żeby przed przypływem następnej fali cokolwiek zdążyło tutaj wyschnąć, a ten ocean sunący przed oczami, niby stały, bo nie wędrował, tkwił w tym samym miejscu i tylko jego przypływ i odpływy były żywym świadectwem jego ruchliwości, był nawet chłodniejszy niż powietrze - wciąż jednak o wiele cieplejszy niż gleba, w której zagrzebane zostanie jedno z ciał, albo i nawet dwa ciała, ku pamięci Naomi, która również nie kroczyła już wśród żywych - ciężko było wypatrzeć konkretne literki w tym hebanie i jeszcze ciężej usłyszeć coś w szumie, który jednostajnym rytmem usypiał, zatapiał jakąkolwiek czujność i ocierał o nią drobinki gleby i kamyków, pośród których można było szukać muszelek zaplątanych w glony - ocean nie był jednak czysty, weź to pod uwagę, przecież na brzeg wypływała biała piana, która zanieczyszczała środowiska wokół - ludzkie odpady, bezczeszczące świat złe myśli, złe chęci i jeszcze gorsze czyny, oto składka na to, by te głębokie tonie nie były krystalicznie jasne - niech będą jeszcze ciemniejsze od tego zasnutego ciężarem chmur nieba, czemu nie - przecież ludźmi jesteśmy i nic co ludzkie nie było nam obce, dlatego więcej lubiliśmy brać niż dawać i spoglądamy bardziej na czubek swojego nosa niż nosy bliźnich swych stojących tuż obok, tak jak teraz stali wszyscy zebrani na pogrzebie, oferując iluzję - wszyscy nagle stali się zjednoczeni pod tą samą banderą, odznaczeni w tym samym wojski, wszyscy jak jeden mąż - pod jarzmem śmierci - tych ludzi coś op prostu łączyło, ale śmieszne było to (smutne jak diabli), że nie łączyła ich sympatia do Caluma, nie... Łączyła ich śmierć. Niedowierzanie i konieczność pogodzenia się z tym, że ktoś właśnie odszedł - i jeśli w każdym była chociaż kropla nostalgii, to Bóg mi świadkiem, że błogosławię te głowy. I wszyscy byli tu z obowiązku.
Nie chciał mieszać się z tym tłumem i do niego dołączać nie dlatego, że nie miał odwagi abo dlatego, że nie chciał łączyć się z tymi, w których płynie za dużo fałszu i przekłamania, nie mających nawet jednego dobrego, szczerego słowa i uczucia dla człowieka właśnie chowanego do lodowatej gleby, która nigdy już nie wypuści go ze swoich objęć - z prochu powstał i w proch się obróci, Matka Natura nie pozwalała, by cokolwiek w niej ginęło - nie zbliżał się tam dlatego, że wiedział, że nie miał takiego prawa. Stał więc przy jednej z ławeczek, parę kroków przed nią, wypatrzenie go nie było żadnym problemem, chociaż i tutaj stało parę osób, które nie chciały za bardzo wychodzić do przodu, szanując przestrzeń przeznaczona dla bliskich Calumowi osób - on w końcu nie był mu nawet bliski... chyba. Pewnie oddałby swoje życie za wielu innych agentów i Czerwony dobrze to wiedział - to poświęceni nie czyniło go nikim specjalnym - sprawiało też jednak, że obroża obowiązku dbania o ten darowany żywot stała się nieznośnie ciężka do stopnia, w którym noszenie jej nie było niemal możliwe - każdy krok, każdy oddech, każda myśl i każdy ruch ważyły z 80 kilo - tyle, ile on sam - jego nogi musiały nagle unieść dwa razy więcej, niż zazwyczaj. Nie chciały nosić.
Był zabójcą tej osoby.
Wzniósł oczy do szarego nieba, z którego Aniołowie nie ronili dzisiaj łez - dziś strzepywali leniwie, pomaleńku, szron ze swych piór, otrząsając Niebo z letargu, na który w zamian zapadała Ziemia - jeden z tych płatków opadł na jego policzek i od razu się roztopił - tak jak i ten drugi, który spotkał się z jego wysuniętą dłonią, co zamienił się w kropelkę, która stoczyła się z kciuka i opadła na ziemię. Tutaj naprawdę musiało być pięknie - wiosną... Jak pięknie by było, gdyby jeden z maków mógł zakwitnąć właśnie teraz?
Normalnie, zapytacie? Normalnie nie dałby się tak podejść, ale ostatnio zupełnie nic nie było "normalne" - poza jego wyrabianiem normy w doręczaniu pecha do rąk własnych - Czarny Kot spełniał swoją rolę bezbłędnie - normalna nie była też i tutaj jego reakcja... cokolwiek miałoby być tą normą dla niego samego - ponoć najbardziej spokojnego i flegmatycznego mieszkańca Ligi, a teraz samego Pryzmatu. Jego imię, jego własne imię wypowiedziane tym charakterystycznym głosem - mówili, że Niebiosa nie przemawiają, ale może to już śmierć - wydaje ci się tylko, że Ty tutaj stoisz, wcale cię nie ma - i ten śnieg również musiał być hologramem - wisisz pod sufitem w swoim własnym pokoju, pozostawiając nigdy niedokończoną opowieść o małej dziewczynce i tygrysie, rysowaną w kółko, rysowaną wszędzie i idiotyczne wspomnienia, które również w końcu rozmyją się w ludzkim umyśle i będzie jeszcze bardziej smętnie niż na pogrzebie Caluma - przyjdzie parę osób, szybko się otrząsną, w końcu ileż można żyć śmiercią? - żywi muszą ruszać dalej, nie mogą się zatrzymywać. On chyba nie chciał.
Czarnowłosy opuścił spojrzenie z nieba i najpierw rozglądnął się po sylwetkach przed sobą, nim obrócił się i wreszcie znalazł TĄ osóbkę. Ją. Niewiastę, która nie powinna tu być, która powinna leczyć się w szpitalu albo siedzieć na szkoleniu w CIA - Freye w białym szlafroku, która trzęsła się jeszcze bardziej niż na lądowisku w bazie, a jej usta były wręcz nienormalnie sine.
Czy coś czuł?
Wyciągnął dłoń w jej kierunku, niepewnie, wolno, z wahaniem, sprawdzając, czy się nie odsunie, kiedy on się przybliżył i położył ją na ramieniu dziewczyny, łagodnie, sprawiając, że po jej ciele przepłynęło przyjemne ciepło. Nawet to podniesienie ręki wydawało się cięższe, a jej widok... teraz, kiedy jej dotknął i kiedy dość szybko swoją rękę cofnął, kiedy przez jego pamięć przeleciał przebłysk wspomnienia... chyba wspomnień, cała ich garść, jasna jak neony, jak flashe na wybiegach błyskające na modelki - może wcale nie chciała, żeby ją dotykał? Nie potrafił teraz odczytywać nawet najprostszych emocji, chociaż jego umysł wydawał się tak jasny i lekki.
Zupełnie jak ten śnieg sunący z chmur.
Uniósł na dziewczynę powoli spojrzenie, odwrócone w bok wraz z cofnięciem ręki i dopiero teraz uniósł swoje oczy na jej twarz - i chociaż była tuż przed nim, zdawała się wisieć oddalona o całe mile od niego - niby znajoma, a jednak... obca. Nie cieszył jej widok. Nie smucił. Nie wywoływał... żadnego poruszenia.
Wszystko zatonęło w śniegu.
_________________
Cute.
You still call me "human".
 
 
Freya Baldwin


19 lat

Pomarańczowa




niezrzesz-female http://i.imgur.com/i3ry5YH.png syndykat-female http://i.imgur.com/WXYGpT9.png pryzmat-female http://i.imgur.com/gTiQdIs.png

Wysłany: 2017-01-04, 01:18   
   Multikonta: Jake, Gigi
[Cytuj]

Zabawne, ile potrafi wydarzyć się w ciągu dwóch dni. I ile potrafi się zmienić.
Jeszcze nie tak dawno Sahir był tylko... Przyjacielem? Nie, to chyba złe słowo. Ale był ważny, w czystym, aseksualnym kontekście. Było w tym coś niesamowitego. I nietypowego, przynajmniej dla dziewczyny. Tak, był jedyną osobą, przed którą Freya chciała otwierać swój umysł, zamiast bezczelnie grzebać w jego. Chciała dzielić z nim myśli, wspomnienia, emocje, nie tylko jednostronnie. Nigdy wcześniej nie spotkała kogoś takiego. Fakt, że po tylu latach ich ścieżki znowu się połączyły, był w pewnym sensie magiczny. Tak samo, jak magiczne były uczucia, którymi dziewczyna go darzyła. Zależało jej na nim.
Później... Heh, nawet ciężko to określić. Chyba żadne z nich nie wiedziało, że tak to się potoczy. No, a przynajmniej nie tak szybko. Kiedy zobaczyła go na tym lądowisku, po wyjściu z helikoptera, nawet nie spodziewała się, że aż tak się ucieszy. W żadnych ramionach nie czuła się tak bezpiecznie, żadne dłonie nie sprawiały, że czuła się taka spokojna, mimo wszystkich wydarzeń. Kiedy przyszedł do jej pokoju, po rozdzieleniu ich na lądowisku, nie spodziewała się, że aż tak będzie go potrzebowała. Żaden inny człowiek nie potrafił dodać jej otuchy, żadnemu innemu nie wypłakiwała się w rękaw. Kiedy odpowiedział na jej pocałunek, po nieudanej próbie nauki, nie spodziewała się, że zechce czegokolwiek więcej. Żadne usta nie wydawały jej się nigdy tak miękkie, żadne ręce nie dotykały jej w taki sposób, żadne inne ciało nie sprawiało, że chciała do niego przylgnąć i nie odsuwać się jak najdłużej. Pragnęła go.
Tego co było dalej, wolałaby nie pamiętać. Oboje chyba woleliby nie pamiętać. Nigdy wcześniej nie czuła takiego bólu. Z resztą, ciężko do czegokolwiek porównać bycie przypalanym żywcem. Kiedy nagle jej skóra zaczęła topić się pod dłonią Sahira, dziewczyna miała wrażenie, że może wręcz umrzeć. Łzy same napływały jej do oczu, usta krzyczały - równie mimowolnie, ale nic nie było w stanie choć trochę złagodzić tego niesamowicie bolesnego pieczenia ponad lewym udem. Chociaż spodziewała się jakiegoś niekontrolowanego użycia zdolności, nie wiedziała, że skończy się to tak. Nie wiedziała, czy Sahir faktycznie aż tak nad tym nie panował, nie wiedziała, czy zdąży przerwać, zanim ją zabije. W tamtym momencie wiedziała tylko jedno. Bała się go.
Następnego dnia obudziła się w szpitalu. Biodro bolało już mniej. Dostała leki, zrobili jej opatrunek, krótko mówiąc - było stabilnie. Ale nie do końca. Bo obudziła się tam sama. Nikt nie czekał przy jej łóżku, nikt przyszedł jej odwiedzić, nikt nie interesował się jej stanem. Nikogo przy niej nie było. A konkretniej mówiąc - Sahira przy niej nie było. A powinien czuwać. W końcu to on ją do tego doprowadził. Co prawda, poniekąd na jej własne życzenie, ale nie zmienia to faktu, że był winny. Ale on, niczym tchórz, jak jeszcze wtedy myślała Freya, po prostu się ulotnił. Jasne, gdyby go tam rano zobaczyła, pewnie i tak kazałaby mu sobie pójść, ale chodziło przecież o sam fakt pojawienia się. Tyle, że on się nie pojawił. Była wściekła na niego.
No tak, później "impreza" w kafeterii. Kto by się spodziewał, że trochę wódki aż tak wszystko zmieni. Im bardziej procenty uderzały jej do głowy, tym szybciej mijała jej złość. Zastępował ją żal, smutek i... No właśnie, co? Chciała go przytulić, dotknąć, chciała, żeby był przy niej, nie po to, żeby go odtrącić, ale dla samego bycia. Tęsknota połączona z alkoholem popchnęła ją do rzeczy, których z pewnością jeszcze nie raz będzie żałować, no ale, każdemu może się zdarzyć chwila totalnego zamroczenia, nie? Pocałowała Fabiena, ale to Sahira chciała całować. Potrzebowała go.
Nawet nie zauważyła, kiedy znowu znalazła się po tym w szpitalu. I pewnie gdyby nie radio, byłaby tam dalej. Czując zaskakująco mocno dokuczającego jej kaca i ból głowy, uniemożliwiający wręcz skupienie myśli, mimowolnie słuchała audycji, jednocześnie czekając tylko, aż pojawi się ktoś, kogo będzie mogła zmusić do wyłączenia tego cholerstwa. Do czasu, aż usłyszała tam jego nazwisko. Śmiało można powiedzieć, że dawno nie spanikowała równie mocno. Chciała jak najszybciej dowiedzieć się, co konkretnie stało się na tej misji, co dokładnie zrobił, jak bardzo ucierpiał, czy przeżył… Była gotowa do wielu poświęceń, byle znaleźć się w Pryzmacie, w którym miała nadzieje go spotkać. Bała się o niego.
Na szczęście obyło się bez zbytniego pogarszania swojego stanu, sama symulacja dała wystarczający efekt. Freya wróciła do bazy projektu, wymknęła się w pewnym sensie z kliniki i stała teraz przed nim. Na dobrą sprawę, pośród tych wszystkich ludzi zgromadzonych teraz na placu, wokół jakiejś trumny, widziała tylko jego. Nie obchodziło jej, kto umarł. Nie obchodziło jej, jak zostanie ukarana za opuszczenie lecznicy. Nie obchodziło jej, co stanie się z jej raną, jeśli odpowiednio szybko nie weźmie kąpieli w tej dziwnej substancji. Nie obchodziło jej nawet to, że zaraz kompletnie przemarznie w tym szlafroczku. Obchodził ją tylko Sahir. Chciała być przy nim.
Problem w tym, że on chyba nie chciał.
Kiedy położył dłoń na ramieniu Freyi, dziewczyna poczuła przyjemne ciepło. Chyba dopiero dzięki temu uświadomiła sobie, jak zimno było jej naprawdę. Strach, który czuła wczoraj, kiedy spalił jej biodro, już dawno minął. W końcu wiedziała, że nie zrobił tego celowo. Nie skrzywdziłby jej przecież naumyślnie. Zabawne. Był chyba jedyną osobą, której Freya, nie dość, że wybaczyła coś takiego, to jeszcze usprawiedliwiała go. Żadnemu innemu człowiekowi nie darowałaby chociaż najmniejszego zadrapania, a jemu niemal płazem uchodziło wypalenie jej dziury w biodrze. Chociaż, no dobra, może nie takim płazem. Wątpię, żeby szybko nabrała ochoty na kolejne amory. Mimo to, nie bała się jego dotyku, chciała wręcz, żeby ją przytulił, chciała przytulić jego.
Dlatego też, kiedy niemal błyskawicznie cofnął rękę, Freya poczuła... Poczuła się źle. Poczuła się niemal odtrącona. W końcu specjalnie dla niego symulowała, żeby wrócić do Pryzmatu. Dla niego była gotowa rozwalić na nowo swoją ranę. Dla niego uciekła z kliniki i zrezygnowała z kąpieli, która zapewne od razu by jej pomogła. Dla niego stała teraz w śniegu, trzęsąc się z zimna, ubrana jedynie w piżamę i szlafrok. Dla niego… Byłaby chyba w stanie zrobić więcej, niż mogła sobie wyobrazić.
A on nie chciał jej nawet przytulić.
Wpatrywała się w niego przez dłuższą chwilę. Patrzyła w jego oczy. Zazwyczaj były ujmująco smutne, czasem, kiedy był z nią, można było dostrzec w nich coś ciepłego, ale teraz... Teraz nie wyrażały nic. Co tam musiało się stać?
Hmm, widać u niej wiele się działo przez te niecałe dwa dni, ale u niego musiało wydarzyć się jeszcze więcej.
- S-Sahir... - wyszeptała w końcu. Ciężko jednak powiedzieć, czy chłopak to w ogóle usłyszał i zrozumiał, bo szczękające z zimna zęby dziewczyny zniekształcały nieco wypowiadane sylaby.
_________________

x
 
 
Sahir Nailah


21

Czerwień




niezrzesz-male http://i.imgur.com/i3ry5YH.png syndykat-male http://i.imgur.com/WXYGpT9.png pryzmat-male http://i.imgur.com/gTiQdIs.png

Wysłany: 2017-01-04, 02:11   
   Multikonta: Śmierć, Shirei, Lucis
[Cytuj]

Chciał być przy niej dniem i nocą, w każdej złej godzinie i tej lepszej, chciał żeby płakała na jego ramieniu i żeby się śmiała, tak jak śmiać się potrafiła, żeby była Lwicą i Łabędziem, by łączyła w sobie giętkość trawy i twardość skały, by opowiadała o kwitnących makach i złościła się za to, że kiedyś ciągle wygrywał z nią w Monopoly i Chińczyka - wspomnienia małe, drobne i te większe, jak moment w którym po raz pierwszy tak naprawdę się spotkali i nie było to wcale pierwsze spotkanie w Pryzmacie - to spotkanie dopiero zawiązało ponownie nici ich przeznaczenia, żeby mógł odłożyć mocną linę na bok, na której krańcu zawiązano pętle, a drugi kraniec przywieszono u sufitu, nawet jeśli w tym zatrzymywaniu się nie było niczego dobrego i tak na dobrą sprawę jej istnienie wcale nie było spłycone do tego zakazu zrobienia użytku z gotowego już zakończenia scenariusza, bo ona była potrzebna do tego wszystkiego, co działo się przed samym krańcem, nim zaplanowane opadnięcie kotar na deskach teatralnych i widownia cichła nie z zapartym tchem a z niemożnością złapania jakiegokolwiek tchu, po prostu oddychali, wolno, słabo, puści w środku i dogłębnie smutni, bo smutny był obraz tej dwójki ludzi stojących pośród tańczących w półcieniach popołudnia płatków śniegu, tak właśnie spotkali się po tylu latach i mieli dla siebie tylko trzy mizerne miesiące, w których chyba coś się ułożyło, czegoś więcej się o sobie dowiedzieli, a może tak naprawdę nie wiedzieli już teraz niczego, stojąc przed sobą twarzą w twarz, ona walcząca i on. Zależało mu na niej.
Później? Nie zastanawiał się nawet nad tym, jak to mogłoby się potoczyć. Był nią oczarowany, zafascynowany, był jak to szczenie, które macha ogonkiem, skacze wokół swojej pani, kiedy tylko się pojawia i ciągnie jej kapcie, skacząc wokół niej, kiedy tylko pojawiała się na horyzoncie, kiedy tylko jego przeklęte, czarne ślepia wyławiały ją w progu jej własnego domu - przecież był tutaj przybłędą - a ona była panią na włościach, która zachowywała się jak prawdziwa Królowa, której odebrano koronę i berło przy jakiejś wielkiej, niedołężnej pomyłce, która ciągnęła się za nią jak porwany, czerwony płaszcz, który dawno przestał być czerwienią królewską, a zamienił się w wypłowiałą, podartą szatę - ona była zbyt dumna, by się do tego przyznać, by to zauważyć, o wiele lepiej było jej z wyżej uniesionym podbródkiem, ale on przecież widział, przecież obszedł ją już tyle razy, tyle razy z nią rozmawiał, pokazywał jej myśli i obrazy, tyle razy odbierał myśli i obrazy od niej, tworząc z nią ich własny, prywatny skrawek Nieba, w którym nie musieli obawiać się Boga, Ludzi, Aniołów ani samego Diabła ostrzącego swój trójząb na wszystkich Potępionych - nigdy nie mógł chyba jednak powiedzieć, że tak naprawdę ją zna. Że wie o niej wszystko. Potrafiła go zaskoczyć na każdym kroku - swoją kobiecością, swoją inteligencją, mądrością i w końcu zupełnie najprostszym, ludzkim zachowaniem, bo nie ważne, jak wiele krwi znalazło się na jego dłoniach, ona wciąż wyciągała do niego swoją maleńką, drobniutką rączkę, w ogóle się nie bojąc tego piekła, które pojawia się na Ziemi, gdy tylko ogień wybuchał. Mocniej. Wybuchał mocniej. Chyba tak właśnie pragnął jej. Nie w strachu, nie w zupełnie ślepym ignorowaniu problemów i odsuwania od siebie prawdy - potrzebował jej jak powietrza, kiedy tylko o tym pomyślał, gdzieś zawsze jej szukał, gdzieś zawsze się za nią oglądał - tak było, gdy byli mali, tak stało się i tutaj. I było tak, kiedy spotkali się w końcu w jej pokoju, kiedy chciała się nauczyć jakiejś podstawy, kiedy to wszystko już zaczynało go przerastać, gdy się wyłączał, a gdy ona przysunęła się, tak niespodziewanie, szukając ciepła, ochrony, bliskości ciała - nie potrafił się jej oprzeć, wszystkie złe obrazy się rozpuściły, jakby to ona sama była płomieniem, nie on, zatracając w przyjemności i dając poczucie całkowitego bezpieczeństwa i odpuszczenia grzechów - tam było jego rozgrzeszenie, w jej sypialni, bo tylko ten Bóg mógł mu te grzechy odpuścić - i sięgnął po nią, bo wszystko w nim nagle się pobudziło, już tych parę lat temu przestał ją przecież widzieć jako rozpuszczoną dziewuchę z bogatego domu, którą ciągnie się za warkocz, żeby ją podrażnić i zaczęła bawić się w berka, brudząc swoją piękną sukienkę. Była kobietą z krwi i kości. Pragnął jej.
Powinien się tego spodziewać, powinien był się domyśleć - nie wiedział nawet do końca, co tak naprawdę jej zrobił - poczuł tylko smród palonego materiału i skóry, jej krzyk bólu i spięcie mięśni, puścił ją natychmiast, jedyne o czym myślał to pomoc dla niej, nie ważne, jakimi konsekwencjami musiałby to okupić - zabawne, bo ufał jej na tyle, że był niemal pewien, że gdyby jej opowiedział o tym, co się tutaj stało, co zdążyli mu zrobić, to gotowa byłaby kryć ranę i udawać, że nic się nie stało, a może to był tylko przerost ego? Nie wpadł nawet na to, by postąpić inaczej - jej zdrowie było najwyższym priorytetem, jej dobro, jej szczęście - tak, bo chciał, żeby była szczęśliwa. Trzymał ją niczym najbardziej drogocenną muszelkę wyłowioną spośród sztormów, starając się ją uchronić przed burzami i porywistymi falami, które wciąż go podtapiały, tak bardzo chcąc ją uszczęśliwić... tak bardzo, że aż ją zranił. Nie masz jednak racji, drogi Przyjacielu. On chciał to pamiętać. Chciał pamiętać, że nie miał żadnej kontroli na płomieniem i że na końcu zamiast ją uszczęśliwić ściągnął na nią cierpienie i bliznę, którą będzie miała przez całe życie - chociaż podobno te kąpiele ściągają z ciała nawet blizny... Musiał dokładnie pamiętać, bo to nawet nie była kwestia chcenia - o grzechach nie można po prostu zapomnieć, wzruszyć ramionami i przejść obok nich - należy je dokładnie układać obok siebie, by kiedy przyjdzie do ostatecznego rozrachunku nie pogubić się w tych przeklętych cyferkach. Ta świadomość noszonego ciężaru dobijała gwoździe do trumny. Tak jak strach. Bał się siebie.
Siedział pod namiotem, do którego ją zabrali i jedyne, o czym potrafił myśleć, to o modlitwie, choć nie wierzył w Boga, by nic złego się jej nie stało, by była cała, by nic ją nie bolało, by jednak rana nie okazała się zbyt poważna - jasne, będzie żyć, ale jak? Chciał zostać, dopóki nikt nie wyjdzie i nie zapewni go, że nic jej nie jest, ale kazali czekać, nie pozwolili się ruszyć, niczego by nie zdziałał w środku, przecież tylko przeszkadzałby lekarzom... aż w końcu zamknęli go w pokoju z myślą, że już nigdy jej nie zobaczył - i ona jego również nie. Że to był ostatni raz, w którym się widzieli. Czy to sprawiedliwe? Nic nie było w tym życiu, na tym świecie, pierdolenie sprawiedliwe i co z tego? Przecież człowiek sam wydłubał Bogu oczy, odciął jego uszy i odciął język, wybierając coś, według ludzkości, tak wspaniałego... wolność. Wolność, która zawsze nęciła, jeżyła włosie na karku, ale była tylko Zakazanym Owocem, po który sięgnąć nie można. Nienawidził siebie.
I kiedy widział ją w momencie, gdy wszystko się uspokoiło, kiedy ogień przestał krążyć w jego żyłach, zrobiło się tak nieprzyjemnie zimno i blask zalał jego ciało, przesuwając go do zimowego poranka, gdy ona ułożyła się obok niego, taka piękna, ciepła, lekka, wiedział, że jest w dobrym miejscu, z którego nie chce się ruszać, gdzie wymierały wszystkie troski i gdzie pryskała odpowiedzialność i ciężary - przyszedł jego ratunek, upragniona Śmierć, a od Śmierci łagodniejszy dotyk miała tylko Freya. I te włosy, te piękne, miękkie włosy, doskonalsze od welonu... Śliczna Nimfa pochyliła się nad ogrodem, w którym dawno wyschła sadzawka i w którym zagościła wieczna zima, a przy każdym jej kroku wiosna witała do miejsca Zapomnienia. Tak. Dzięki niej wszystko mogło kwitnąć. Potrzebował jej.
Kiedy siedział na łóżku z prześcieradłem w dłoni, spoglądając na zwinięty materiał, czując nadal uścisk zastygniętej masy na swojej klatce piersiowej i gardle, które zabierały oddech, myślał o tym, jak czułaby się Freya, gdyby go zabrakło. Zadawał sobie różne pytania - o nią, o nich - zastanawiał się, jak przykro by jej było i czy by mu wybaczyła, czy może w ogóle nie chce go widzieć po tym, co się stało? - i nie potrafił sobie wybaczyć, że nie wie, co z nią, że nie ma nawet kogo o to zapytać - bo kogo niby? - nikogo nie znał, do nikogo się nie odzywał, nie wiedział nawet, kto mógłby mu dać takie informacje z CIA - powinien był przy niej być, nawet jeśli go teraz nienawidziła, przecież chciał wziąć odpowiedzialność za swoje czyny, tak jak brał za wszystkie - i już zbyt wiele tej odpowiedzialności było na jego barkach... - ale nie czuł już chyba nawet winy, po prostu... nie czuł nic. Nie wiem, czy wiecie, co to za rodzaj smutku. Ten, który przelewa się przez wypełnione brzegi wanny i powoli zalewa całą podłogę, powoli i nieśpiesznie, w którym nie jest ci już nawet smutno, bo czujesz się zadziwiająco lekko i dobrze... wystarczająco dobrze, by ruszyć dalej. Tego nie da się zrozumieć. Tego nie da się poczuć. To trzeba doświadczyć. Tylko co z Freyą..? Mógł ją zostawić, tak po prostu..? To nie była już chyba kwestia tego, czy mógł, czy nie, gdy wspominał wszystkie momenty przeszłości dalszej i bliższej - to była kwestia tego, co z nią. Bał się o nią.
Obchodził go ten człowiek z trumny i obchodziła go ona, stojąca przed nim w samym szlafroku, blada, niewyspana, wydawała się jeszcze bardziej chuda i krucha niż zazwyczaj - dlatego jego lekkość zamieniła się w ciężar, który sprawił, że głaz wylągł się w jego brzuchu i pociągnąć w dół niczym kotwica - nie mógł się mu opierać i z nim walczyć, ciągnął w dół, na kolana, ale mimo to starał się nadal stać prosto, spoglądając w jej oczy, chociaż miał wrażenie, że nogi już i tak same się pod nim uginają i że się chwieje - a ona była coraz dalej i dalej, strach aż wyciągać dłoń, co jeśli za drugim razem okaże się, że Freya naprawdę była zbyt daleko i nie uda mu się jej dosięgnąć? Był przecież mężczyzną. Nie powinien okazywać słabości. Chciał się do niej odezwać.
Szurnął butem o ziemię, przesuwając się w jej kierunku o pół kroku, przenosząc na wysuniętą nogę ciężar ciała - odległość była symboliczna, przecież tylko na wyciągnięcie ręki, ale jemu naprawdę wydawało się, jakby to były całe mile.
Nie wiedział przez co przeszła, nie zastanowił się nawet nad tym, jak tutaj trafiła, czemu była tylko w szlafroku i czemu on tak dziwnie się zachowywał - nie zastanawiał się nad niczym.
Jego umysł tonął przecież w płatkach śniegu.
Chciał coś powiedzieć i rozchylił usta, ale z jego krtani nie wydobył się żaden odgłos - nawet nie było w jego umyśle żadnego słowa, żadnego zdania, które mógłby dla niej poświęcić, a przecież chciał, przecież mógł... mógł?
Nie mógł.
Znów stracił mowę.
Mimo to jego wargi nieco poruszały się, jakby próbował, gdy pojawił się w nim przebłysk pojęcia, zrozumienia... Zamknął w końcu usta i przymknął na moment powieki, by lekko się uśmiechnąć, gdy znów je otworzył, spoglądając na Freyę z lekko wyciągniętymi ramionami.
Zabawne, że uśmiech może wyglądać jeszcze smutniej niż zalana łzami twarz.
_________________
Cute.
You still call me "human".
 
 
Averly Sheridan


20

Pomarańczowa




niezrzesz-female http://i.imgur.com/i3ry5YH.png pryzmat-female http://i.imgur.com/gTiQdIs.png

Wysłany: 2017-01-04, 19:18   
   Multikonta: xxxxxxxx
[Cytuj]

/ plaża


Wiedziała, że niedługo ruszy za pozostałymi. Po prostu teraz potrzebowała teraz chwili samotności, naprawdę musiała pozbierać wszystkie swe myśli. Nie znała zbyt długo Caluma, nie tak długo jak pozostali, ale jego odejście odbiło się na niej. Pozostała sama ze swymi niepewnościami, swą obawą co do jutra. Zastanawiała się czy można było temu zapobiec? Zastanawiała się czy to mogłoby nie mieć miejsca? Zdawała sobie sprawę, wiedziała kto odpowiadał za wydanie decyzji odnośnie tego ataku. A jednak na razie nie komentowała tego w żaden sposób...na razie, bo potem tylko ona wiedziała jak postąpi. Przymknęła oczy, po czym wzięła głęboki oddech i ponownie je otworzyła. Wyczuła obecność innej osoby obok siebie. Spojrzała na Samuela.
- Nie masz za co przepraszać...nie ty – odparła.
Skinęła głową po czym ruszya za nim, podążała na plac na, który dotarła w krótkim czasie. Spojrzała kto już się tutaj zgromadził, a kto nie. Dostrzegła Sahira w stronę, które skinęła delikatnie głową. Po chwili spostrzegła również Freye. Pomarańczowa.
 
 
Freya Baldwin


19 lat

Pomarańczowa




niezrzesz-female http://i.imgur.com/i3ry5YH.png syndykat-female http://i.imgur.com/WXYGpT9.png pryzmat-female http://i.imgur.com/gTiQdIs.png

Wysłany: 2017-01-05, 01:46   
   Multikonta: Jake, Gigi
[Cytuj]

Nigdy nie spodziewała się, że spotka kogoś takiego.
Kogoś, kto nawet drażniąc ją, sprawiał, że czuła się przy nim dobrze.
Już wtedy, kiedy byli dziećmi, było w tym coś magicznego. Freya zawsze musiała być najlepsza, nie znosiła przegrywać, nie pozwalała nikomu się z siebie śmiać, a kiedy okazywało się, że jest w czymś gorsza, po prostu przestawała to robić. Albo przynajmniej nie robiła tego w obecności tego, kto przewyższał ją umiejętnościami. Ale z Sahirem było inaczej. Ciągle ogrywał ją w te głupie gry, zawsze był w tym lepszy, nawet rysował ładniej od niej, a ona... Ona ciągle do niego wracała. I ciężko było opanować jej radość, kiedy widziała go czekającego, w umówionym miejscu, zawsze trochę przed czasem, żeby to ona nie musiała czekać. I chociaż każde spotkanie kończyło się tym, że odchodziła obrażona, bo znów przegrała w Monopoly, to i tak wracała. Ciekawe, czy już jako dziecko mogła czuć, że będzie to coś tak niezwykłego. Ale teraz... Teraz przecież wcale nie było inaczej. Sahir wciąż w wielu rzeczach był od niej lepszy. Chociażby w tym głupim rysowaniu. A ona nadal do niego wracała. I wcale nie szukała w nim słabych punktów, żeby umniejszać jego wartości, wręcz przeciwnie. Chciała, żeby czuł się najlepszy. I mimo irytacji wywołanej przegraną, w jakimkolwiek sensie, czuła się jednocześnie cudownie z tym, kiedy on był z siebie chociaż minimalnie dumny.
Kogoś, za kim tęskniła.
Kiedy jej ojciec dowiedział się, że Freya spotykała się z jakimś podejrzanym dzieciakiem, kategorycznie jej tego zabronił. Nie mógł pozwolić, żeby jego królewna wpadła w złe towarzystwo, albo, nie daj Boże, nabrała jakiś złych nawyków od takiego "obdartusa". Bo właśnie tak zwykł nazywać Sahira. Od momentu, kiedy potajemne schadzki się wydały, dziewczynka była non stop pilnowana. W szkole zawsze ktoś z nauczycieli ją nadzorował - w końcu w prywatnych placówkach nietrudno było coś takiego załatwić, wystarczyło jedynie zrobić większy przelew za czesne. Poza lekcjami było jeszcze gorzej - non stop towarzyszyła jej niania albo kierowca, nie odstępowali jej na krok, jedynie wymieniając się wartami. Nigdzie nie mogła ruszyć się bez obstawy. Jedynie w swoim pokoju miała prawo przebywać sama, jednak zawsze zamykano ją tam na klucz, dla pewności, zostawiając jej jedynie dostęp do łazienki. Freya przeżyła to niesamowicie mocno. Nikogo nie brakowało jej tak, jak tego czarnowłosego chłopca. Tęskniła za rozmowami z nim, za grami, nawet za bezsensownym gapieniem się razem z nim w przestrzeń, kiedy chwilami brakowało im tematów. Czuła jakąś taką dziwną pustkę, której jako dziecko nie umiała do końca pojąć. I nie umiała tego pojąć też kiedy już podrosła. Nie tak dawno w końcu Sahir dość niespodziewanie wyjechał na szkolenie w CIA. No, przynajmniej dla niej było to niespodziewane. I cały scenariusz powtórzył się. On był gdzieś daleko, w nieznanym jej świecie, do którego nie śmiała nawet myśleć, że sama kiedykolwiek się zapuści, a ona była tutaj, w Pryzmacie. Po raz kolejny niczym królewna zamknięta w swojej wieży. Chociaż, tym razem do dyspozycji miała nie tylko swój pokój, została przecież w tym wielkim ośrodku, wewnątrz którego nikt nie ograniczał jej wolności. Ale tęskniła równie mocno. Równie mocno brakowało jej możliwości spędzenia czasu z Sahirem, porozmawiania nawet o głupotach, czy chociażby wspólnego milczenia. Pod tym względem był niezastąpiony.
Kogoś, o kogo autentycznie się martwiła.
Jedenastoletnia Freya nie miała za wielu zmartwień. Nie znała też problemów zwykłych ludzi, nie za bardzo miała pojęcie, co oznacza bycie biednym, nie pojmowała, jak ktoś może nie mieć pieniędzy. Dlatego zawsze robiło jej się dziwnie smutno, kiedy wiedziała, w co Sahir jest ubrany. Nie do końca rozumiała, dlaczego nie kupował sobie ładniejszych, lepiej pasujących na niego rzeczy. Przecież, w jej mniemaniu, wystarczyło po prostu pójść do tatusia i wytłumaczyć dokładnie, czego się potrzebowało. Nie wiedziała, dlaczego Nailah tylko uśmiechał się dziwnie, kiedy udzielała mu tych “mądrych” rad. Jednak nie to martwiło ją najbardziej. Najgorsze wydawały jej się te wszystkie sinaki na ciele chłopaka. Serio, nie mogła pojąć, jak można się tak często przewracać. Wiecie, co było w tym najzabawniejsze? Ona naprawdę myślała, że to wszystko przez to, że non stop się potykał. Nie wpadłaby przecież na to, że może być bity. Dlatego, na swój w pewnym sensie uroczy sposób, zamartwiała się nad tym, jak mogłaby pomóc Sahirowi. Wiedziała przecież, że to musi boleć. A przez to, że nijak nie mogła temu zaradzić, było jej tylko smutniej. Po latach zrozumiała, że to wcale nie były ślady po upadkach, jednak teraz… Teraz było jeszcze gorzej. Sinaki na jego ciele zostały zastąpione przez coraz to nowe blizny, a miejsce ojca zajęli żołnierze, przeciwko którym walczył. Freya bała się o niego jeszcze bardziej niż wtedy, kiedy była dzieckiem. W końcu teraz chodziło nie tylko o głupie siniaki, teraz mógł naprawdę zginąć. Kiedy dowiedziała się z radia, że był na tej misji, że rowalił bazę Łowców, że niektórzy z Psioników zginęli… Chyba jeszcze nigdy nie poczuła się tak zmartwiona. I chyba jeszcze niczyim losem nie przejmowała się tak bardzo.
Kogoś, przy kim czuła się swobodnie.
Ojciec zawsze pouczał ją, jaka powinna być. Ba, płacił nawet sztabowi ludzi, którzy mieli nauczyć ją odpowiedniego zachowania. Nie chodziło tu tylko o jakieś tam maniery, kwiestie tego, jak zachowywać się na bankietach, którym widelcem jeść dane danie, czy jak odnosić się do starszych, wyżej postawionych ludzi, w końcu było dość oczywiste, że takie rzeczy powinna wiedzieć. On jednak nie poprzestawał na tym. Non stop powtarzał jej, że nie powinna okazywać słabości. Jasne, dla niego była małą królewną, kruchą i delikatną, którą należało chronić. Ale dla reszty świata miała być niewzruszoną królową, która nie potrzebowała ochrony, bo świetnie radziła sobie z tym sama. Och, oczywiście nigdy nie ujął tego w taki sposób, bez przesady. Ale mniej więcej to miał na myśli. No więc Freya była taka. Zawsze zadzierała wysoko nosek i, co by się nie działo, zawsze była "twarda". Jasne, nie raz odstawiała histerie, kiedy czegoś chciała, ale to były tylko wymuszone pokazówki. Dopiero kiedy poznała Sahira, zaczęła odkrywać przed kimkolwiek swoją wrażliwą, delikatną stronę. Jasne, kiedy byli dziećmi, nie było tego tak widać. Jednak teraz... Teraz wiedziała, że przy nim, może czuć się bezpiecznie, że może sobie pozwolić na wszystko, że może się przed nim otwierać, a on i tak jej nie skrzywdzi. Ba, co więcej - ochroni ją. Wtedy, siedem lat temu, narysował dla niej rycerza na koniu. Teraz nie musiał niczego rysować - stał się tym rycerzem. Mogła porzucać przy nim te wszystkie pozy, jakie przybierała w obecności innych ludzi. Nie bała się nawet wypłakać w jego ramię. Czuła się przy nim tak, jak nie czuła się przy nikim.
Kochała go.
Tylko, czy on to odwzajemniał?
Wciąż wpatrywała się w niego, czekając… Czekając na cokolwiek. Ta pustak i dziwna obojętność z jego strony, bolały chyba najbardziej. Wolałaby, żeby cokolwiek powiedział, żeby coś zrobił, żeby nawet ją uderzył, albo kazał jej się stąd wynosić, ale nie żeby tak po prostu stał.
Kiedy więc tylko nieznacznie się do niej przysunął i rozłożył ramiona w zapraszającym geście, Freya automatycznie w nie wpadła. Przylgnęła do niego całym ciałem, wtulając się w jego klatkę piersiową. Łzy automatycznie napłynęły jej do oczu. Tym razem jednak nie ze smutku, ale... Z radości? Tak bardzo bała się, że już go nie zobaczy, że już go nie dotknie, że z nim nie porozmawia… A teraz - proszę bardzo, tuliła się do niego, niemal tak, jak zawsze, nawet, jeśli w rzeczywistości było to zupełnie inne, niż zawsze. Najważniejsze, że był tutaj. Z nią.
Pozwalała, żeby łzy ściekały jej po policzkach, ginąc gdzieś w jego ubraniu i po raz kolejny przekazała mu telepatycznie znowu to samo:
Sahir.
Zabawne, że zalana łzami twarz może wyglądać jeszcze szczęśliwiej niż uśmiech.
_________________

x
 
 
Sahir Nailah


21

Czerwień




niezrzesz-male http://i.imgur.com/i3ry5YH.png syndykat-male http://i.imgur.com/WXYGpT9.png pryzmat-male http://i.imgur.com/gTiQdIs.png

Wysłany: 2017-01-05, 13:42   
   Multikonta: Śmierć, Shirei, Lucis
[Cytuj]

Prawdopodobnie na tym świecie jest bardzo niewiele spraw, które w swoim rozgałęzieniu posiadały tylko jedną gałąź, jedno rozwiązanie i żadnych pobocznych, ani jednej możliwości skoku w bok - tylko pień i jedna, potężna gałąź, po której trzeba się wspinać, nawet jeśli widzimy, jak bardzo chwiejna jest i nawet gdy wiemy, że spadniemy. Droga, w której Freya się od niego oddalała, gdzie nie mógł jej dosięgnąć, lecz czy na pewno musiał? Jeśli jego nogi, jego stopy, były jak zalane betonem, jakby ktoś do kostki przyczepił mu paro tonową kulę i cały jego organizm mówił, że nie powinien nawet drgnąć, bo to kosztuje zbyt wiele energii i jeśli postanowi dołączyć do pierwszej nogi tą drugą to naprawdę, jakże dramatycznie, opadnie przed nią na kolana, a gdy to się stanie to nie zdoła wstać - będzie już tylko osuwał się sześć stóp pod ziemię, celując w drewnianą trumnę - ta tutaj, na tej ceremonii, jest zapewne jedynie "symboliczna", albo też ostatnim pożegnaniem, nim poślą Caluma na cmentarz, nikt przecież nie będzie chował w tej ziemi zmarłych, co najwyżej powstanie kamień z napisem "tu leży taki a taki"... Freya zapewne dla niego również by jeden postawiła. Jeden maleńki, z jego imieniem i nazwiskiem, ale jakże indywidualny - miałby już drugą całkiem "swoją" rzecz, stworzoną jej dłońmi, a nawet jeśli nie jej, to z jej woli i myśli - cudowne - i przyniosłaby tutaj ten kamyk, a wcześniej mógłby mieszkać w jej kieszeni i tak z nią wędrować, leżąc w jej pokoju, spoglądając jak coś czyta albo czesze swoje piękne włosy, jak ściąga z siebie dżinsy i wciąga na nogi zwykłą pidżamę - Królewna w swojej Przeklętej Wieży, co zgubiła koronę - naprawdę wtedy mógłby z nią być i nie odstępować jej o krok, być tym rycerzem, jakie kiepskie porównanie! - bronić, dbać, ha! - i krzywdzić. Taaak... Chyba jednak naprawdę imiona, te pierwsze, miały moc i jakoś nas kształtowały. Nawet jeśli obciążony był klątwą, której nie mogła zbadać medycyna i której nie były w stanie wykryć żadne sprzęty, to... to co? Chciałbym tutaj napisać, brzmiałoby to całkiem ładnie, że teraz to nie miało żadnego znaczenia, że się na to nie oglądał i zupełnie zapomniał, albo że chciał z tym walczyć tylko dlatego, że ta kobieta tutaj była (za daleko dla niego), niestety nie mogę, bo to właśnie ona sprawiła, że stali tutaj tak a nie inaczej, a nie siedzieli u niej w pokoju, by pogadać, tak zwyczajnie - wszystko, co się wydarzyło, miało ogromne znaczenie i swoją zasługę na to, że czarnowłosy się nie poddał - i zdecydował, że skoro on nie miał siły i możliwości, by po nią sięgnąć, to może ona zdoła sięgnąć po niego, jeśli tylko da jej znak, by to zrobiła, wystarczy przecież jeden gest, ona zrozumie... zrozumiała.
Naprawdę nie spodziewał się, że ich pierwsze spotkanie może się zakończyć na wielu następnych. Przypadkowe spotkanie małej Królewny na boisku, stroszącej piórka niczym paw, chociaż była o wiele za daleko od swojego bezpiecznego Księstwa - tutaj rządził on, to było jego terytorium, był tutaj Wilkiem, który pilnował całego stada - i przecież tak wyglądał, kiedyś miał dokładnie takie spojrzenie - iście wilcze przez cały czas, w którym nie było nawet grama smutku - było w nim wtedy coś o wiele bardziej groźnego, coś... niepokojącego. Agresja. Wszyscy byli mu wrogami, nawet bracia w pewnym stopniu, ciągle płonął w nim ogień, który teraz ujawniał się tylko chwilami, drobnymi momentami, gdy stawał się czujny, gdy coś go niepokoiło i przyciągało instynkt łowcy - i wtedy ją zobaczył, błąkającą się po jego boisku jak gdyby nigdy nic, jedna z tych panienek z dobrego domu, których nie lubił, jedna z tych dzieciaków z prywatnej szkoły, które opływały w luksusy i miały normalne rodziny - tak wtedy o niej myślał, nie wiedząc, że ona nie ma nawet matki, a jej ojciec nie poświęca swojej Królewnie wystarczająco wiele uwagi... poświęcał jakąkolwiek prócz dawaniem jej wszystkiego, czego sobie zażyczy? Była przylepą, tak o niej pomyślał, kiedy na niego wpadła, przeszkadzającą przylepą, która będzie tylko przeszkadzać... a potem czekał na nią za każdym razem. Zawsze będąc przed czasem od ich ostatniego spotkania, gdyby ona wcześniej przyszła, albo żeby nie musiała czekać, przecież mieli ograniczony czas... i pożyczał z biblioteki gry planszowe, żeby mogli zagrać i pokazywał jej język z każdą swoją wygraną i wyzywał ją od "lebiod" i "trutni", ale nie dlatego, że chciał, by się odczepiła. Chciał ją tylko bardziej do siebie przyczepić. Uwierzysz w to, Freyo, że tęsknota za kimś przez jeden dzień, długą noc, może być tęsknotą bolącą wewnętrznie? Jasne, że tak. Przecież sama tęskniłaś.
Wiedział, jak ludzie odbierają takich, jak on, ojciec i matka zawsze mu to uświadamiali - widział, jak patrzą na niego panie w bibliotece, kiedy musiał je zapewniać, że nic się z książkami nie stanie i że zwróci planszówki w całości i wszystkie te matki na ulicach, które odsuwały od niego swoje dzieci - ludzie go po prostu nie lubili, nie musiał im nic zrobić, nie musiał się do nich nawet odzywać - wystarczy, że na nich spojrzał - może miał po prostu wtedy w sobie zbyt wiele gniewu i nienawiści do tego całego świata... Freya jednak nigdy się go nie bała, tak samo jak Abigail, z tym, że Abigail była jego siostrą, a Freya... panienką z dobrego domu. Królewną z Najwyższej Komnaty w Najwyższej Wieży, tam, gdzie on się nie mógł dostać, a dokąd powędrował z nią narysowany rycerzyk. Mimo to codziennie na nią czekał. Dzień w dzień w tym samym miejscu, zawsze wypożyczał książki albo planszówki, aż w końcu przestał je wypożyczać, a potem przestał przychodzić. Oglądał się tylko zawsze w tej samej godzinie, codziennie, na miejsce, gdzie kiedyś siadywali i rysowali kredą albo robili inne rzeczy i szedł dalej. Nie było na kogo czekać. Najpierw zniknęła Księżniczka, a potem zniknął Czarny Wilk, który wodził ją na pokuszenie. Wiesz Freya, jak to jest, prawda? Jasne, że wiesz. Tęsknota. Tęsknota, która pożera od środka, która gniecie i wciska bebechy w kręgosłup, boląc niemalże fizycznie - nie rozumiałaś wtedy jeszcze tego uczucia, bo do nikogo nie zdążyłaś się przywiązać, ja wiem... on chyba też nie rozumiał. Nie aż tak dosłownie, jak dosłownie czuł to wtedy, gdy Królewny zabrakło. Wszystko było inne, gdy spotkali się w Pryzmacie. On był inny. Chory. Był chory na wszystko, złamany do punktu, w którym nie dało się go tak po prostu "naprawić" - jeszcze bardziej zacofany w pewnym sensie niż kiedy byli dzieciakami, ale nadal miał przebłyski bycia kimś "lepszym" - przy niej po prostu czuł, tak bardzo nieśmiało w swoim wnętrzu, bardzo niepewnie, że naprawdę... nie jest taki zły. I mógł przy niej rysować i ona się cieszyła, mógł ją czegoś uczyć i ona się cieszyła, i mógł z nią być - a ona się cieszyła. Naprawdę miał wrażenie, że jest pierwszą osobą w jego życiu, która po prostu cieszy się z jego towarzystwa, z jego obecności i to poczucie bycia "chcianym" było bardzo... ośmielające. Sprawiające, że myślał o niej więcej i więcej, a jej obraz pamiętał już ze wszystkich stron, mógłby ją rysować z zamkniętymi oczami w każdej pozycji, z każdą miną - czy kiedy była zamyślona, smutna czy naprawdę szczęśliwa - Boże, naprawdę kochał, kiedy się uśmiechała. Jak więc mógł się o ten uśmiech nie martwić..? Ty też wiesz, Freya, że po prostu się nie dało. Więc martwił się dniem i nocą.
Trzynastoletni Nailah nie bardzo wierzył, że ktoś może być taki naiwny, by naprawdę wierzyć, w jego gadkę o tym, że się przewraca, ale ona wierzyła - nie wiedział, czy nie pytała dlatego, że wiedziała, że nie powinna, czy naprawdę brała go na słowo, ale wydawała się taka niewinna, jakby... mogła uwierzyć w każde jego słowo, miała połknąć każde kłamstwo, które jej wpoi, mimo to nie chciał jej okłamywać... tylko w tym jednym. Tak jak nie chciał mówić o swojej rodzinie w sposób inny niż z dumą. Teraz było tak samo. W jakiś sposób mógł teraz mówić o wszystkim, bo wszystko spływało po nim jak woda po kaczce, ale za kurtyną ciągle plątały się emocje, ich zalążki, inaczej nie cieszyłby się z widoku Freyi, nie przeżywałby tak śmierci Naomi i Caluma (sam ich zabiłeś, spijaj teraz z tej czary goryczy, fagasie), wiele rzeczy byłoby "innych". Teraz ta Freya naiwna nie była - teraz to on był naiwny w pewien sposób, całkiem niezła zamiana - nie mieli przy sobie swoich ojców, którzy dyktowaliby im, co mają robić, ale co z tego? Zupełnie nic się nie zmieniło, wzrósł jedynie próg ryzyka i niebezpieczeństwa, w którym On, Strażnik jej ciała, się nurzał dzień po dniu, idąc na pierwszą linię tak, jak sobie tego ktoś tam na górze w rządzie zażyczył, zgodnie z myślą, że dobro ogółu jest o wiele ważniejsze od dobra jednostki, a ona nie miała do dyspozycji tylko pokoju, tylko faktycznie cały Zamek, przez co mogła być prawdziwą Królową. Ona w klatce, a On na polu bitwy. Zmienili się fizycznie, zmieli psychicznie, przeszli paręset kilometrów by skończyć w tym samym punkcie z tym, że teraz to ona czekała na niego. A on jej szukał. Bo przecież mogli czuć się przy sobie wzajem swobodnie. Tylko czy on ją kochał? Ciężko powiedzieć. Nigdy w końcu nie zaznał czegoś takiego jak "miłość", ale chyba moment, w którym ktoś zajmuje całe twoje myśli i jesteś gotów poświęcić dla niego wszystko, nawet jeśli masz tak niewiele jak tylko te myśli, to rzeczywiście musi być miłość - doprawdy, całkowicie niegodna Królowej, przecież brudna i wykrzywiona tak, jak wykrzywiony i niepełnosprawny był Nailah, ale wyglądało na to, że Freya nie chciała miłości żadnej innej - nawet tej od prawdziwego rycerza na wyrwanej z zeszytu kartce w linie.
Nie dojrzał nawet Averly w tłumie, jego świat był zupełnie odcięty od tego prawdziwego - była tylko Freya i tamta trumna, wokół której ludzie się zebrali - to przecież tak nie wypada, droga Freyo, płakać ze szczęścia na pogrzebie... Sahirowi zaparło na moment dech w piersiach, kiedy dziewczyna do niego przylgnęła - rana niby już nie bolała, ale kiedy dziewczyna docisnęła do niego swoje ciało, gdy stał tutaj w czarny t-shircie i czarnych spodniach, których nogawki ginęły w wojskowych butach, poczuł nieprzyjemny dreszcz przecinający ciało - jego ciało wciąż nie było w pełni zregenerowane, może powinien był dłużej siedzieć w tej wannie... ale chciał zdążyć na pogrzeb - i chciał jeszcze... jeszcze...
Zamknął oczy i pochylił głowę, obejmując dziewczynę, by zanurzyć nos w jej włosach i wchłonąć jej zapach - pomimo tego, że był w samym t-shircie był ciepły, bardzo ciepły - i to ciepło znów zalało ciało dziewczyny, chroniąc ją przed śniegiem, który zamieniał się w wodę, wsiąkając w ich ubrania i włosy - nie potrzebował niczego innego, mogła powtarzać jego imię milion razy w jego umyśle, było w porządku, naprawdę... powinno być... w tej pustce znów poczuł przyjemne ciepło, maleńki, nieśmiały jego zalążek, kiełkujący pośród bielą płatków - jeśli miałby wystarczająco sił, mógłby po niego sięgnąć, ale nie miał - zachwiał się nawet lekko, kiedy do niego przylgnęła, nim rozstawił lekko nogi, by złapać równowagę - miał ochotę tak zasnąć, tutaj, przy niej, jakby nie ważył ponad osiemdziesięciu kilo, a ledwo parę gramów, jak piórko, lżejsza od niego była tylko sama Freya. Tak, poczuł ciepło, ale nadal był... tak spokojnie pusty w środku. Chyba nawet jeszcze spokojniejszy. Naprawdę sądził, że już jej nie spotka.
Nie spotka.
Nie spotka...
Zacisnął palce na materiale jej szlafroku, zaciskając je na materiale niemal z całej siły.
_________________
Cute.
You still call me "human".
 
 
Lux Bloomfield


21

Niebieska




syndykat-female http://i.imgur.com/WXYGpT9.png pryzmat-female http://i.imgur.com/gTiQdIs.png liga-female http://i.imgur.com/wei1zSu.png

Wysłany: 2017-01-05, 16:10   
   Multikonta: Val, MG, Willow, Lynn
[Cytuj]

- MG wszyscy -

Po jakimś czasie Judith Donavan przyszła na uroczystość. Nie była ani spóźniona ani nie przyszła zbyt wcześnie. Niektórzy mieli czas by się ustawić czy podejść do trumny. A raczej do trumien, bo kilka osób oddało swoje życie za wcześniejszą sytuację. To raczej nie była przyjemna uroczystość i wszyscy zebrani na placu o tym wiedzieli. Tłum żałobników raczej wyglądał jak grupa, która nie zjadła porządnego obiadu od kilku dni. Wszyscy byli bladzi a ich twarze nie zdradzały niczego konkretnego. Wiadomo, niektórzy czuli złość. Bo to w końcu Donavan wysłała ich na tę akcje. Jeszcze inni uważali, że ta sytuacja jest zupełnie zrozumiała. Przecież to nie jej wina. Po to są. By walczyć. Koło kobiety stanęła młoda dziewczyna, niektorzy mogli ją kojarzyć - była to Vanessa Owens, niebieska dziewczyna z Pryzmatu. Po chwili Judith zaczęła mówić:
- Jest mi niezmiernie przykro, że spotykamy się tutaj w takich okolicznościach. Nie jest to dla mnie żadna przyjemność prowadzić takie uroczystości. Wiedziałam, że zostając tym, kim jestem teraz, będę świadkiem takich sytuacji bardzo często - zaczęła mówić. Miała mowę do przeczytania, jednak wolała powiedzieć coś od siebie. Zawsze to robiła.
- Jednak nie spodziewałam się, że będę tak bardzo przeżywała utratę ludzi, których nawet nie znałam. A którzy zrobili dla mnie tak wiele, wiele rzeczy. Którzy walczyli za ideały jakie przyjęliśmy i byli gotowi nawet oddać za to życie. To wielki dar, posiadać takich ludzi w swoich szeregach. Oddali życie za to, byście mogli w przyszłości spokojnie żyć w naszym państwie. Nie musicie się już obawiać Łowców, którzy byli gotowi schwytać was i sprzedać. Nigdy więcej nie pozwolę na to, żeby takie sytuacje miały miejsce. Oni również się do tego przyczynili i możecie dumnie powiedzieć, że są oni waszymi bohaterami - powiedziała, a następnie przełknęła ślinę. Przez kilka sekund wpatrywała się w tłum. Musiała powiedzieć więcej. Była im to winna.
- Ja... To naprawdę jest niełatwe. Spoglądanie w oczy ludzi, którzy już nigdy nie powiedzą do swoich bliskich "kocham Cię bracie, tato, dziadku". Jedyne co pozostanie, to... "Tak bardzo mi Ciebie brakuję"... Rodziny ofiar będą otrzymywały ode mnie wsparcie w każdym aspekcie. Ja... bardzo wam dziękuję, że się tutaj zebraliście, żeby oddać hołd tym, którzy byli gotowi oddać za was życie. Bardzo wam dziękuję. Jeżeli ktoś chciałby powiedzieć parę słów, to chciałabym, by zrobił to teraz.
Judith skończyła i zapewne niczym dziwnym nie było to, że przy mównicy od razu znalazła się Luz Bloomfield.
- Znałam Caluma Hedgera - zaczęła swoją przemowę dziewczyna. Nie wyglądała najlepiej. Była tak samo blada, chuda i przerażona całą sytuacją jak inni. W dodatku nie była najlepsza w przemowach, bo jej dłonie drżały cały czas, trzymając kurczowo mikrofon.
- Był wielkim człowiekiem, który... Poświęcił tak wiele dla nas, durnych mutantów. Nigdy nie spotkałam kogoś podobnego, kto zrobiłby to samo. Kto stanąłby przy moim boku, ufając moim zdolnościom i krzyczał w kierunku łowców by się poddali. Który jeszcze po tym miał odwagę powiedzieć im, że mogą to zakończyć pokojowo. Jest mi... Bardzo przykro, że... Tak się stało... Ja chciałabym o czymś wspomnieć - dodała łamliwym głosem, a następnie spojrzała na Sahira Nailaha. Pewnie wiedział już co się święci.
- Sahir, mój kolega z oddziału. Calum Hedger oddał za niego życie i jestem z niego bardzo... Bardzo dumna. Oddając życie za jednego z nas udowodnił, że jesteśmy warci coś więcej. Chciałabym by Nailah powiedział kilka słów. To tyle - powiedziała a następnie zeszła ze sceny i ruszyła gdzieś tam, ukrywając siebie między ludźmi, zaś swoją zapłakaną twarz w dłoniach. Judith oczywiście zaczęła wypatrywać wspomnianego Sahira, chcąc przekazać mu mikrofon. Cóż, takie coś było zupełnie normalne na pogrzebach.



Mamy dużo osób, więc:
Kolejka jest taka: Sahir, a potem kto chce. KAŻDY z was może się wypowiedzieć, jednak post musi wyglądać tak, że wchodzicie, gadacie i schodzicie ustępując miejsca innym. Czyli po Sahirze jeśli ktoś chce się odezwać - może. Tylko wtedy oddzielcie post i napiszcie pogrubieniem, że jest to przemowa - wtedy łatwiej będzie szukać w postach czegoś. Jeżeli ktoś chce zagadać do kogoś innego też może.

Ta gra nie będzie trwała jakoś specjalnie długo, chcę po prostu dać się wam wypowiedzieć a potem przejdziemy do odznak i tyle, nie ma co tutaj dłużej siedzieć. W każdej chwili możecie też stąd wyjść.

Przemawiać może każdy, ale wiadomo, jak powiecie coś niewłaściwego to odegrajcie, że ochrona was zdejmuje ze sceny, chociaż nie sądzę żeby dało się tutaj powiedzieć coś niewłaściwego xD
 
 
Freya Baldwin


19 lat

Pomarańczowa




niezrzesz-female http://i.imgur.com/i3ry5YH.png syndykat-female http://i.imgur.com/WXYGpT9.png pryzmat-female http://i.imgur.com/gTiQdIs.png

Wysłany: 2017-01-05, 18:35   
   Multikonta: Jake, Gigi
[Cytuj]

Freya oddałaby wiele, żeby móc wrócić do tego stanu, do tej dziecięcej naiwności.
Wszystko było wtedy łatwiejsze. A Sahir? Niby jak mogłaby mu nie wierzyć, że to wszystko dlatego, że się przewracał? Skoro tak mówił - tak musiało być. Musicie zrozumieć, że dla Freyi wszystko było wówczas takie proste. Nie, nie dlatego, że była głupia. Ona po prostu nie znała tego wszystkiego, nie znała kłamstwa, nie znała przemocy, nie wiedziała, do czego ludzie potrafią być zdolni. I cholernie martwiła się o to, że Sahir non stop się potykał. Wiecie, że tego dnia, kiedy ojciec po raz pierwszy zabronił jej się z nim zobaczyć, miała naszykowane dla niego pudełeczko różowych plastrów? Wiedziała, że to nie pomoże na siniaki, ale on był nie tylko posiniaczony, czasem widziała na jego twarzy całkiem świeże rany i, była pewna, że jeśli przyklei na nie taki plasterek, to będzie mniej bolało. Bo ją zawsze mniej bolało, kiedy coś sobie rozcięła i niania robiła jej właśnie różowy opatrunek. Ale niestety - Freya nie zdążyła.
Była właśnie niczym taka królewna, zamknięta w wielkiej wieży, której pilnował smok. Chociaż, smok, to chyba złe określenie na jej ojca, smokami mogli być ci wszyscy ludzie, którym płacił za nadzorowanie Freyi - on był raczej kimś w rodzaju zatroskanego na swój sposób króla, który chciał dla swojej królewny jak najlepiej. Chciał uchronić ją przed wszystkim, co złe. I chciał, żeby kiedyś trafiła w ręce odpowiedniego księcia, z równie pięknego królestwa. Nie wiedział jednak, i ona też jeszcze wtedy nie wiedziała, że żaden książe nie był jej pisany. Że żadnego księcia nie chciała. Miała przecież swojego rycerza.
No a na to król nie mógł pozwolić. Zwłaszcza, że nie był to jeden z tych dostojnych, szlachetnych rycerzy, w pięknej zbroi, ze lśniącym mieczem u boku. Nie, jej rycerz nosił bluzę z lumpeksu, zniszczone spodnie i rozklejające się buty. A zamiast miecza dzierżył w dłoni planszówkę z biblioteki.
Freya sama nie zdawała sobie sprawy, jak już wtedy była w niego zapatrzona. No bo, czy faktycznie bez mrugnięcia okiem uwierzyłaby każdemu innemu człowiekowi, gdyby powiedział, że te siniaki są od upadków? Że podbite oczy są od upadków? Przecież nie była głupia. Ale Sahir… Sahir nie mógł jej okłamywać. Był dla niej bohaterem, najcudowniejszym i najdzielniejszym chłopcem, jakiego spotkała. W końcu obronił ją przed tamtymi chuliganami. Więc nawet gdy nazywał ją trutniem, nawet gdy pokazywał jej język, czy nawet, gdy denerwował ją kolejną wygraną - zawsze była dla niej bohaterem. Był tym rycerzem. A znoszona, dziurawa bluza, była w jej oczach najpiękniejszą, najbardziej lśniącą zbroją.
Teraz, po tych wszystkich latach, właściwie nic się nie zmieniło. Chociaż, tak naprawdę, zmieniło się wszystko. Sahir wciąż był rycerze, Freya była królewną, ale żyli w zupełnie innej bajce, niż wtedy. Już nie tak niewinnej i nie tak prostej. Chociaż czasem… Czasem zdarzały się momenty, jak za dawnych lat. Kiedy siadali na jednej z ławek na placu i Freya, niczym małe dziecko, ekscytowała się tym, że w lecie znów zakwitną maki. I że Sahir będzie mógł razem z nią na nie patrzeć. A on... Nawet nie wiedziała, czy myślał wtedy o makach. Zawsze spoglądał wtedy na nią w ten cudowny, w pewnym sensie smutny, ale jednocześnie ciepły sposób. Ona wtedy uświadamiała sobie, że piszczy jak jakaś podekscytowana, głupia panienka i milkła, lekko zawstydzona, ale tak naprawdę... Naprawdę to chciała, żeby zawsze tak na nią patrzył. Czuła się wtedy najlepiej na świecie.
Freya również nie dostrzegła Averly. Ale, szczerze mówiąc, nawet gdyby ją zauważyła, pewnie i tak nie zaprzątałaby sobie nią głowy. Po tym, jak Pomarańczowa zostawiła ją w kafeterii, żeby poszukać Toni, dziewczyna naprawdę się obraziła. No bo, hej, jej się nie zostawia. Poza tym, gdyby z nią została, to, kto wie, może wszystko potoczyłoby się inaczej? Może… Może nie zdradziłaby Sahira?
Cholera. Kiedyś będzie musiała mu się do tego przyznać, nie? Do tego, że pocałowała tego całego Fabiena, że się do niego tuliła, że była niemal gotowa... Ugh. Nie chciała nawet o tym myśleć. A przynajmniej nie teraz, kiedy znów mogła być przy Sahirze, kiedy znów mogła się w niego wtulić, kiedy znów mogła go po prostu mieć.
Może i faktycznie płakanie ze szczęścia nie przystało na pogrzebie, może było to nie na miejscu, ale jej to nie obchodziło. Jedyne ciało, nad widokiem którego w trumnie mogłaby teraz zapłakać, stało teraz przy niej i z całą pewnością nie było martwe. Dziewczyna czuła bijące od niego ciepło, które choć minimalnie rozgrzewało niemal drętwiejące jej już z zimna kończyny. Gdyby wiedziała, że chłopak jest jeszcze poważniej ranny, niż ona, nie napierałaby zapewne na niego tak mocno, jednak nie miała o tym pojęcia, dlatego wtulała się w niego z całej siły.
Dopiero znajomy głos sprawił, że oderwała twarz od klatki Sahira i spojrzała w kierunku mównicy. No tak, Lux. Pewnie nawet nie zwróciłaby uwagi na jej przemowę, a już na pewno by się tak w nią nie wsłuchiwała, gdyby nie to, że powiedziała o Nailahu.
Calum? Posłała to pytanie do umysłu chłopaka, nie liczyła jednak na żadną dłuższą odpowiedź - w końcu zaraz mieli go od niej zabrać, miał wejść na tą całą mównicę.
Ale o co tutaj chodziło? Naprawdę ten człowiek uratował Sahira? Naprawdę to jemu powinna zawdzięczać to, że mogła go teraz przytulać, dotykać, po prostu być przy nim?
Jeszcze przed chwilą kompletnie nie obchodziło jej, na czyją cześć jest ta cała ceremonia. Teraz chciała wiedzieć wszystko.
Odsunęła się lekko od chłopaka, spoglądając na jego twarz.
Jej włosy i szlafrok już dawno przemokły od topiących się po zetknięciu z nimi płatków śniegu.
_________________

x
 
 
Sahir Nailah


21

Czerwień




niezrzesz-male http://i.imgur.com/i3ry5YH.png syndykat-male http://i.imgur.com/WXYGpT9.png pryzmat-male http://i.imgur.com/gTiQdIs.png

Wysłany: 2017-01-05, 19:03   
   Multikonta: Śmierć, Shirei, Lucis
[Cytuj]

Nawet trzymając ją w ramionach nie potrafił zapomnieć o tym, że są na pogrzebie i poświęcić swojej myśli tylko niej - nie tym razem, gdy jego umysł był taki lekki i klarowny, taki jasny - doprawdy mógłby się chyba w nim przeglądać jak w lustrze, gdyby nie fakt, że one wcale nie chciały odbijać rzeczy takimi, jakie są - to był jednostronny obraz, druga strona medalu wciąż kryła swoje tajemnice, których nie ruszał nikt, nawet Freya, nawet Atturi... nawet Naomi. Dlatego całą przemowę słyszał i rozumiał bardzo dobrze - i bardzo dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że ktoś pojawił się na mównicy, ktoś, na kogo powinno się zwrócić uwagę - już wtedy uniósł głowę z włosów Pomarańczowej na panią prezydent, smutną, tak... autentycznie smutną - sens jej słów wlatywał jedną stroną jego ucha i wylatywał drugą, chyba naprawdę prócz zdolności przemawiania zatracił już nawet zdolność rozumienia. W tym świecie również powinno być miejsce na zagranie w coś, na bardzo zwyczajne życie, zwyczajne dzieciństwo, które im wszystkim zostało siłą odebrane - tym dzieciom, których wszyscy się bali, ale wiecie, tak to już jest, że ten, co wzbudza strach w sercach innych sam przesiąknięty jest strachem - nawet najwspanialszy Tygrys, król dżungli, potrafi odczuwać strach pomimo bycia najstraszniejszym drapieżnikiem w okolicy, a wszystko to przez to, że pojawił się człowiek.
Odsunął się od Freyi, ale wciąż obejmował ją jedną ręką - podniósł wzrok ponad głowy zebranych, tam, gdzie przemawiała obecna pani prezydent. Jej słowa, ta sytuacja, powinna wprawić jego serce w szybsze bicie - nie wprawiała - i nie czyniło tego też spojrzenie drobnej dziewczyny, ani to, że wywołała jego imię, zmuszając go do wstąpienia w tłum, do wystawienia swojej sylwetki na spojrzenia tych ludzi pogrążonych w żałobie, pewnie niektórzy z nich go szczerze nienawidzili, mieli w końcu do tego prawo - z nich dwóch to akurat on przeżył. Gdzie tu sprawiedliwość? Wołajcie o nią, ile chcecie - nigdy nie przyjedzie na białym koniu na ratunek ludzkości, o wiele częstszym gościem między nami była przecież Wojna i Śmierć. Niemal mógł je dojrzeć, sunące na swych rumakach - tym trupiobladym i tym ognistym, których kopyta nie wydawały najmniejszego szmeru, ale spojrzenie, które unosiły spod ciemnych kapturów niczym Nazgule właśnie na niego było aż za mocno wyczuwalne. Przesunął się w przód. Jego dłoń zsunęła się z pleców Freyi i przesunął się pomiędzy ludźmi, ubrany w sam t-shirt, chociaż było tak zimno, a po jego lewicy kroczyła Śmierć, bo prawice zajęła już Wojna - ciche, lecz nie głuche, milczące, lecz nie puste - dwie podpory, które zwróciły mu maleńką krople siły, by mógł dotrzeć do mównicy. Nie bał się. Kiedy masz dwóch takich towarzyszów tuż przy sobie, cały ciężar znika, możesz przecież oprzeć ręce na umięśnionych szyjach koni i pozwolić im wyznaczać prostą trasę pomiędzy wszystkimi zebranymi - szedł tam bez żadnych słów, cel skrojony był w samym celu, brakowało mu większego sensu, stał się przybitym znakiem drogowym wywołanym wypowiedzeniem jego imienia i spojrzeniami, które się na niego zwróciły, chociaż wcale tych spojrzeń nie pożądał. Obszedł mównicę, muskając drewno palcami, na której leżał rysunek Caluma - opadające na niego płatki śniegu sprawią w końcu, że rozpłynie się w niebycie - szkoda, jaka szkoda... twarz człowieka, której już nigdy nie zobaczą między nimi.
I tak Hitler miał świętą rację - Zwycięzcy nikt nie będzie pytał, czy mówił prawdę. Stali tutaj wszyscy uznając Caluma za bohatera, Łowców za tych przeklętych, tych złych. Zwycięzcy i pokonani. Nikt nie pytał o prawdę. Nikt o nic nie pytał.
- Odkryłem... że droga wojownika zasadza się na śmierć. W sytuacji kryzysowej, kiedy możliwość przeżycia i śmierci są sobie równe, musi on bez wahania wybrać śmierć. Nie ma w tym nic trudnego. Należy po prostu uzbroić się w odwagę i działać. Niektórzy twierdzą, że umrzeć nie spełniwszy swojej misji to umrzeć na darmo. Ten, który wybierze życie, nie podoławszy swojej misji jest uważany za tchórza i nieudacznika. Ta śmierć jednak, która nastanie po spełnieniu swojej misji może zdać się niepotrzebna, w niej jednak jest honor, najwyższa miłość i poświęcenie. - Uniósł spojrzenie z rysunku na wszystkich zebranych, spoglądając w ich twarze, te bardziej obce i te bardziej znane, te bliższe i te dalsze. Mówił? Miał wrażenie, że ciągle stał tak tylko w ciszy, przesuwając w swojej wyobraźni wzrokiem po kartach Sekretnej Księgi. Pamiętał ją bardzo dokładnie. Tak dokładnie, jak pamiętał Caluma. To nie były jego piękne słowa, ale co z tego? Nikt z tutaj zebranych nie musiał o tym wiedzieć, ba! - prawdopodobnie nie wiedział, ale kiedy tak na nich spoglądał, w sumie ich nie dostrzegając, pewna prawda uderzyła go w twarz - bolesna i wcale nie satysfakcjonująca... prawda, która ciągle była w nim, ale dopiero teraz nabrała wyrazu, została przybrana w słowa, taka oczywista... jak mógł jej dotąd nie widzieć? - Zawód bohatera to zawód o wyjątkowo krótkim stażu. Bohaterowie umierają. I nie da się zastąpić ich miejsca. - Odsunął się parę kroków w tył, zostawiając rysunek tam, gdzie pozostawiła go Lux, po czym odwrócił i wycofał jak najdalej, czując w głowie grzmiącą potrzebę ucieczki - tak jego towarzysze, którzy prowadzili go na to stracenie odstąpili od jego boków i rozpłynęli się w ludzkich twarzach, pozwalając, by świat się teraz chwiał. Nie uciekł jednak. Po prostu wrócił do Freyi, Lunatyk, nie oglądając się za siebie.
To pudełko plasterków, masz je może jeszcze, Freyo?
Przydałyby się do pozlepiania tych wszystkich kawałków.
[z/t Sahir i Freya]
_________________
Cute.
You still call me "human".
Ostatnio zmieniony przez Sahir Nailah 2017-01-07, 01:43, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Atturi Evans


20

Pomarańcz




syndykat-male http://i.imgur.com/WXYGpT9.png pryzmat-male http://i.imgur.com/gTiQdIs.png

Wysłany: 2017-01-05, 20:06   
   Multikonta: Tommy, Mike
[Cytuj]

Przybył na plac elegancko spóźniony. Przynajmniej taka jest oficjalna wersja. Zmieścił się w studenckim kwadransie, więc chyba nie było powodu do obaw. A wszystko przez to, że nie chciał przybyć na pogrzeb ubrany jak lump. Dlatego zahaczył o skrzydło mieszkalne, gdzie zarzucił na siebie najlepszy garniaczek, jaki miał na stanie. Nie zdążył przebrać spodni, ale nie był to chyba problem. W końcu chodził w jeansach.
Trochę go męczyło to, że kazał Val na siebie czekać i miał nadzieję, że nie będzie do niego trzymać o to urazy.
Kiedy tylko usłyszeli, że przemowy się rozpoczęły, podbiegli pod podwyższenie. Zdążyli jeszcze wysłuchać połowy przemowy Judith. On nie miał tej wygody spoglądania ludziom tylko w oczy. On spoglądał w ich umysły. Czuł to co oni, widział jakich doznali krzywd. To nie to samo, co widzieć puste oczy, o nie. To po stukroć gorsze.
Następnie nadeszły dwie bardzo suche, wojskowe wypowiedzi. Takie należały się agentowi. Ci którzy go znali, powinni wymienić jego zasługi. To jednak nie był zwykły, wojskowy pogrzeb. To była śmierć polityczna.
Gdyby tylko Atturi chciał, mógłby wejść w głowę Sahira, by sprawdzić, co go martwi. Ale nie chciał. Nie teraz. Po prostu chciał pozostać aktualnie zamknięty w sobie.
Nagle, kiedy Sacio zszedł z podestu, Ati poczuł jakieś dziwne uczucie, które kazało mu zająć w tej sprawie stanowisko.
Pociągną lekko Val pod podest i wszedł na niego.
- Witajcie. - Powiedział melancholijnym głosem. - Nie znałem osobiście agenta Caluma Hedgera. Nie miałem takiej okazji. Miałem jednak okazje być na pogrzebach wielu dzielnych ludzi, wielu bohaterów. - Zaczął nie owijając w bawełnę - Każdy z nich walczył za sprawę w którą wierzył. Niektórzy z nich walczyli o swoją rodzinę, inni o godny byt, jeszcze inni, za równość. - Jeszcze inni dla pieniędzy, albo z żądzy mordu. Ich też nazwano bohaterami - Jednak polegli podczas tej walki. Oby ten poległy, był jednym z ostatnich, których krew przelała się za równość PSI wobec innych ludzi. Nie nazywajmy się już mutantami, jesteśmy po prostu ludźmi. - Powiedział patetycznie, choć sam nie do końca w to wierzył. Następnie odsunął się od podestu, dając miejsce innym, by wylali swoje gorzkie żale.
 
 
Willow Delecroix


18

Zielona




niezrzesz-female http://i.imgur.com/i3ry5YH.png pryzmat-female http://i.imgur.com/gTiQdIs.png

Wysłany: 2017-01-06, 02:45   
   Multikonta: Val, MG
[Cytuj]

MG
Po jakimś czasie, gdy wszyscy wysłuchali wszystkich przemów i pokiwali głowami, na główne stanowisko weszła Judith i uśmiechnęła się lekko, tak jakby przez łzy. Nie wiedziała nawet jak opisać to, co własnie zrobili członkowie Pryzmatu. Podziwiała przemowę Sahira jak i szczere słowa, które padły z ust Atturiego. Naprawdę, była dumna z tego że takie osoby pojawiają się tutaj i mówią takie rzeczy. I szanują to, co inni dla nich robią. Zaczęła mówić:
- Ja... Dziękuję wszystkim za przybycie, naprawdę. Nie wiem co powiedzieć widząc tak bardzo zżyte z sobą społeczeństwo, które potrafi wspierać się w trudnych chwilach. To wszystko jest bardzo ważne i bardzo, bardzo to doceniam. Chciałabym żeby już zawsze tak było, żeby każdy z was, każdy agent, Psionik, żołnierz. Wszyscy byli zawsze razem i wspierali się wzajemnie. Mi jest naprawdę... Bardzo przykro, że agent Hedger nie może przy tym być - stwierdziła i opuściła głowę. Po tym zaczęła dalej mówić:
- Jednak bardzo chciałabym pogratulować wszystkim, którym udało się zakończyć szkolenie - powiedziała, a następnie zaczęła wywoływać na scenę poszczególnych agentów i bez zbędnych uśmiechów i radości wręczać im odznaki, na które tak ciężko zapracowali. Oczywiście nie ominęła Sahira czy Averly - jednak Pomarańczowa dostała jedynie szczere gratulacje, gdyż odznakę miała już w kieszeni. Ciekawym zjawiskiem był brak obecności Toni, w końcu niedawno przecież również wysłała po nią transport. Najwyraźniej wolała nie przychodzić na pogrzeb. Trudno. Rozumiała to, że nie wszyscy sobie z tym tak dobrze radzą.
Lux już dawno wyszła, od razu jak skończyły się przemowy. Nikt nie wysłał za nią żadnych agentów, bo woleli chociaż udawać, że wcale nie idzie się powiesić ani palnąć sobie w łeb używając służbowej broni. No ale cóż. Woleli uznać ją za zupełnie stabilną psychicznie osobę, poza tym chyba rozumieli, że musi zostać sama.

Mg Atturi
Val niezbyt rozumiała to, co miało obecnie miejsce. Spoglądała na wszystkich, grzecznie wyszła na podest i tak dalej. Przez cały czas trwania uroczystości, stała przy Atturim i trzymała go za rękę, jakby bała się zaginąć w całym tym tłumie ludzi. No ale cóż, było ich przecież tak wielu i wszyscy się dziwnie zachowywali. Dziewczynka po tym pociągnęła Pomarańczowego ku wyjściu z placu. Nie chciała tam dłużej być po zakończeniu uroczystości. Dodała do niego:
- Proszę, możemy pójść do Ciebie? Jestem zmęczona - stwierdziła.

No tak, w końcu zapadł zmrok. Nic w tym dziwnego. Zaczynało się ściemniać, a zanim trumna agenta Hedgera jak i pozostałych żołnierzy została zabrana poza granicę Pryzmatu, praktycznie było już ciemno. Zresztą, to przecież zima - wiadomo, że robiło się ciemno znacznie wcześniej. Pora iść do swoich pokoi.

MG Averly.
Do Pomarańczowej podszedł Samuel. Widział, że raczej nie przeżywała specjalnie dobrze całej tej sytuacji. Chciał ją czymś zająć, dodał więc:
- Pójdź się spakować. Jutro wieczorem czeka Cię lot. Nie zapomnij o nim - stwierdził, a następnie ruszył dalej w swoim kierunku. On też nie chciał rozmawiać i raczej było to zupełnie zrozumiałe. Chciał być sam, tak jak wszyscy. Chciał iść do łóżka, odpocząć i zapomnieć o całej tej sytuacji.

Kolejka dowolna. Macie pisać tutaj zt ja wychodzicie z wątku.
_________________
Niezrozumiani sa zawsze martwi
zanim inni ich zrozumieja.
[mru]
 
 
Averly Sheridan


20

Pomarańczowa




niezrzesz-female http://i.imgur.com/i3ry5YH.png pryzmat-female http://i.imgur.com/gTiQdIs.png

Wysłany: 2017-01-06, 12:16   
   Multikonta: xxxxxxxx
[Cytuj]

Spoglądała na to jak najpierw przemawia pani prezydent, a następnie kolejne osoby. Ona z kolei milczała, nie miała zamiaru wstępować na scenę. Nie widziała potrzeby o tym, aby publicznie opowiadać, że Calum był dla niej ważny. Jako człowiek, ale nie pod względem uczuciowym. Po prostu to była jej własna, prywatna decyzja i nic więcej. A przede wszystkim chroniła swój umysł, nie pozwoliła nikomu na wniknięcie do niego. Akurat w tym była dobra, całkowicie zablokowała dostęp do niego, chowając go za ochroną ścianą. Po prostu potrzebowała być teraz sam na sam ze swymi myślami i nic więcej.
Spoglądała na to jak Sahir przemawia, a potem obserwowała pojawienie się jakiegoś blondyna. Od razu wyczuła, że to Pomarańczowy. Z uwagą spoglądała na niego, słuchając jego słów. Ich słowa były zupełnie inne, ale w sumie wszystko było mniej więcej takie same. Cisza, kompletna cisza, której nie można było zinterpretować w jakikolwiek sposób. Tylko ona jedna wiedziała co tak naprawdę siedzi jej w głowie.
Gdy wywołano ją na scenę weszła na nią, a następnie wysłuchała szczerych gratulacji. Skinęłą głową, a następnie zeszła ponownie ze sceny. Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji, po prostu nie można było niczego u niej dostrzec. Spoglądała jak inni odbierają swe oznaki, a także wysłuchują swojej porcji gratulacji. Po wszystkim gdy podszedł do niej Samuel, spojrzała na niego.
- Nie ma problemu. Nie zapomnę o locie – powiedziała.
Do zobaczenia wkrótce Samuel, mam taką nadzieję. wysłała mu w myślach po czym skierowała się do swego pokoju, aby tam spakować.

/zt
 
 
Vanessa Owens


17

Niebieski




niezrzesz-female http://i.imgur.com/i3ry5YH.png pryzmat-female http://i.imgur.com/gTiQdIs.png

Wysłany: 2017-01-07, 17:24   
   Multikonta: brak
[Cytuj]

Ludzie przemawiali. Tracili przyjaciół, rodziny, najbliższych… Vanessa stała i nie wiedziała o kim mowa. Każdy przeżywał to na swój sposób, jedni wypłakiwali ostatnie łzy, a jeszcze inni starali się zachować wizerunek. Taka Donovan – próbowała wyrazić swoje oszukane współczucie jednocześnie starając się pozostać poważną.
Owens czuła się niezręcznie, bo to ona nie miała z zmarłymi żadnych powiązań. Stała i wpatrywała się w ziemię starając się okazać swój… żal? Była zakłamana, ale nie potrafiła z tym nic zrobić. Zresztą, do kłamstw musiała się przyzwyczajać. Podejrzewała, że we tworzonych artykułach nie będzie mogła pokazywać całej prawdy. Bo Donovan, bo sprawy polityczne… tak czy siak, musiała z KIMŚ porozmawiać.
Za cel obrała sobie chłopaka, a raczej mężczyznę. Wyglądał nieco starzej od innych osób otrzymujących odznaki. Vanessa gadała z nim o zmarłych i trudach jakie przeszli. Podczas tej rozmowy nie czuła niczego. Po prostu wpatrywała się w kartkę i notowała jakieś głupoty. Prawdę mówiąc nie dowiedziała się niczego ciekawego. Musiała wypytać o wszystko Donovanki.
Właśnie. Powróciła do niej z krótkim uśmiechem… czas wracać, no nie?
- Przepraszam – wyrzuciła tylko. – Rozmawiałam z mężczyzną, Michael Woodbourne. Wiem, że miałam trzymać się blisko, ale uznałam za stosowne trochę z niego… – to miało zabrzmieć okrutnie. – Wyciągnąć
 
 
Valerie Cadle


18

Czerwona




syndykat-female http://i.imgur.com/WXYGpT9.png pryzmat-female http://i.imgur.com/gTiQdIs.png niezrzesz-female http://i.imgur.com/i3ry5YH.png liga-female http://i.imgur.com/wei1zSu.png

Wysłany: 2017-01-07, 17:45   
   Multikonta: MG, Willow, Lux
[Cytuj]

MG
Judith była już po ceremonii. Żegnała jeszcze ostatnich ludzi, którzy przybyli na pogrzeb. Gdy odeszła od ostatniej osoby, zwróciła się do Vanessy. Popatrzyła na nią i dodała:
- Świetnie, Vanesso. Możemy już wrócić do środka. Będziesz mogła zacząć pracować nad wstępną wersją - powiedziała Judith i ruszyła w stronę biur. Cóż... Nie oszukujmy się, tego właśnie Judith wymagała od Vanessy i była wręcz bardziej niż zadowolona, że dziewczyna rozumiała to już od samego początku. Wiedziała, że trzeba o tym rozmawiać, że trzeba siać propagandę i mówić, że to my jesteśmy po dobrej stronie. Nawet, jeżeli było inaczej. Skręciły przy placu do biur i weszły do jednego z nich. Cóż... Niestety nie były już teraz tam same, ponieważ znajdował się tam Henry Donavan. Kobieta lekko się do niego uśmiechnęła i dodała:
- Wyjdź stąd, Henry. Przenieśliśmy Cię do innego biura - stwierdziła i odsunęła się wraz z Vanessą od drzwi, żeby zrobić mu przejście. Jednak on raczej nie miał zamiaru jej posłuchać.
- Zakładam, że Harry wie o tym, że zwerbowałaś sobie pomocnicę? - rzucił dość niemiłym głosem i popatrzył na Vanesse, a następnie dodał:
- Lepiej uważaj, Owens. Lepiej byś skończyła będąc w akademii wojskowej niż tutaj. To ostrze obosieczne - stwierdził i przeniósł wzrok na swoją narzeczoną. Widocznie ich relacje nie był specjalnie dobre, mimo iż byli zaręczeni. A może już nawet po ślubie? Kto to wiedział, w końcu Judith przejęła jego nazwisko.
- Wyjdź stąd, Henry. Powtarzam moją prośbę jeszcze raz i nie mam zamiaru zrobić tego ponownie - syknęła rudowłosa.

zt -> http://caledonia.pl/viewtopic.php?p=7291#7291
_________________


 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  


Forum zostało otwarte 2016-08-15. Pomysł na nagłówek zaczerpnięty z Shine. Autorem systemu zakładek jest Noritoshi.
Strona wygenerowana w 0,154 sekundy. Zapytań do SQL: 11