Image Map
Bieżące poszukiwania:
- Syndykat poszukuje członków! Jeżeli chcesz odgrywać mafiozę bądź członka rodziny mafijnej, przestępce czy kogokolwiek innego, pasującego do grupy - zapraszamy. Więcej w linku
- Wednesday Sherman szuka całej paczki starych przyjaciół!
- Kira Krios szuka swojej dawnej drużyny z Ligi Dzieci, postacie muszą należeć do grupy Syndykat.
- Kelly McCarthy szuka swojego przyjaciela.
- Shirei Shinoda szuka chętnych graczy do zarządu Syndykatu, którzy mogliby mieć z nim powiązania.
- Scarlett Kersey szuka sobie dziewczyny. Grupa to Syndykat.
Zapraszamy członków Syndykatu po zgłoszenia. W miarę chętnych będą dodawane. Więcej tutaj: LINK
Członkowie Pryzmatu nadal mogą brać udział w szkoleniu w CIA. Aby je ukończyć, musicie przystąpić do dwóch różnych zadań. Więcej tutaj

Wszyscy: Nikt nie wie skąd Psionicy wzięli się na świecie i raczej nikogo na tym poziomie to specjalnie nie obchodzi. Wszyscy byli na jednym etapie - zrozumieli, że są równymi wobec siebie potworami, a drążenie tego, czy ktoś zesłał na nich ten omen czy jest to tylko zrządzenie losu jest bezsensowne. Byli tacy sami i jedyne czym się różnili to typ umiejętności. Ale to było nieważne, bo w każdym przypadku, każdy kolor identycznie rujnował swoje normalne dotychczas życie. Każdy musiał się przyzwyczaić do tego, że wszystko było inne, że dysponowali czymś, co jednocześnie było darem jak i utrapieniem. No ale przede wszystkim wielką odpowiedzialnością. Myśleli, że chociaż wiedzą minimalnie na czym stoją. Minęło przecież siedem lat, wiedzieli na co mogą sobie pozwolić a na co nie. Jednak coś, co cały czas się zmienia nie daje większych szans na jakąkolwiek stabilność. Co, jak w pewnym momencie zmutują tak, że wybiją się wzajemnie? Nikt nie ma na to pewności, jednak jedno jest pewne - utracili kontrolę. I wirus zaczyna poważnie mutować po raz pierwszy.

Pandemonium: Bal okazał się być krwawą imprezą, na której nie zabrakło specjalnych pokazów i śmierci kilkorga z członków. Szefowa przybytku zorganizowała bal, aby pokazać Psionikom, że normalne życie jest na wyciągnięcie ręki. Wspaniałe suknie, drogie garnitury, alkohol i jedzenie. To wszystko miało być swoistą obietnicą, że tak będzie wyglądać ich życie, kiedy tylko dojdą do władzy. Nic nie wskazywało na to, aby impreza miała zakończyć się nagłym upadkiem Pandemonium. Niektórzy jednak nie byli po stronie Leliel, jedynie dobrze grając jej sojuszników. Podczas gdy kobieta uwolniła z piwnic hybrydy, aby ponownie sprawdzić oddanie swoich podwładnych, w ścianach budynku zostały umieszczone ładunki wybuchowe. Ewakuowano wszystkich PSI do autobusu na tyły budynku. Pozostało dwadzieścia minut do samego wybuchu, a żadne nie wiedziało dlaczego właściwie wyjeżdżają. Do czasu...
Jeden z członków Pandemonium, powracając z misji został zaatakowany przez grupę zwiadowczą innej grupy. Czy to zwiastuje krwawy koniec PSI?
Podczas trwania balu Liam Carpenter nie był jedyną ofiarą. Zginęła również córka prezydenta, która przecież mogła być cenną zdobyczą w rękach tych, którzy chcieliby rozwalić rząd. Joyce Foley stracił dłoń, ale nawet to nie powstrzymało go przed zadaniem ostatecznego ciosu w samo serce organizacji. Leliel pokazała być może zbyt dużo i przypłaciła za swoje błędy własnym życiem.
Teraz jedynym ratunkiem okazał się być autobus pełen pijanych PSI, który zmierza… Właściwie donikąd.


Pryzmat: Harry Donavan nadal sprawuję władze w Pryzmacie, Henry zaś jest jego zastępcą. W wyniku tego, wielu Psioników zostało wysłanych na obowiązkowe szkolenia w CIA, w celu zwiększenia ich produktywności dla kraju. Niektórzy z nich nie pojechali tam z własnej woli, ale surowe, rygorystyczne zasady są najlepsze do uzyskania pożądanych efektów. Wszyscy mają nadzieję, że w późniejszym czasie staną się oni młodymi agentami, przyszłością tego kraju. A plany te sięgają bardzo daleko - począwszy od stworzenia specjalnej, elitarnej jednostki wojskowej, aż do wysłania siatki szpiegów CIA do innego kraju. Wielu agentów będzie również musiało zostać w Pryzmacie i tam pomóc w podjęciu kolejnych kroków. - Wy, którzy tutaj stoicie. Daliście mi szansę. Obiecuję, że nie zostanie ona zmarnowana - mówi Judith Donavan. Mimo iż kraj jest w kompletnej ruinie, to jakiekolwiek zasady polityczne muszą w nim panować. Wreszcie wejdzie ktoś nowy na miejsce prezydenta Graya i spróbuję poukładać rozsypane przez niego puzzle. Nie było tutaj miejsca na demokratyczne głosowanie, ponieważ nie było innych kandydatów. Gray z niechęcią oddał swoje przywileje, jednak skoro tego wymagało prawo, to ciężko było spodziewać się od niego czegoś innego. Zmiana we władzy jednak została przyspieszona przez parlament po tym, jak usłyszano postulaty Judith Gray. - Nie pozwolę, aby Psionicy żyli w strachu - stwierdziła młoda pani prezydent na jednej z debat, które były puszczane w telewizji jak i na terenie całego Pryzmatu, a nawet w kompleksie akademii CIA. I zrobiła to - skoro obiecała. Obozy, które zostały zbudowane przez prezydenta Graya opustoszały już całkowicie. Mimo swoich dawnych obietnic, mężczyzna pozostawił jeszcze kilka działających obozów. A pani Donavan postanowiła wywlec je na światło dzienne. Wszystkie dzieci z nich, zostaną przeniesione do organizacji zwanej jako Pryzmat, której skala zostanie znacznie powiększona. - Nie wiemy jak mamy dziękować setkom Psioników, którzy zdecydowali się wstąpić w szeregi CIA. Gdy tylko ich służba dobiegnie końca, a zadanie które zostały im przydzielone skończą się, pozwolę im szczęśliwie wrócić do Pryzmatu, gdzie jest ich prawdziwy dom - obiecuje nowa pani Prezydent. - Niech Pryzmat będzie prawdziwą społecznością, gdzie liczą się takie wartości jak szacunek czy lojalność. Od dziś każdy, kto tylko wyrazi chęć udziału w tej społeczności będzie do niej dopuszczony. Musimy przestać izolować się od dzieci, które naprawdę potrzebują naszej pomocy. Nie możemy zostawiać ich na pastwę losu, takie osoby później wybierają drogę przestępczą, co prowadzi do zamieszek i kradzieży. Nie pozwolimy na to! - dodała na kolejnej, innej debacie. - Z tego względu dojdzie do rozbicia organizacji przestępczej, identyfikującej się jako “Łowcy”. Nie będzie już dochodziło do bezpodstawnych aresztowań dzieci, a następnie sprzedaży ich. Członkowie grupy zostaną uniewinnieni za współpracę z moim poprzednikiem, jednakże będą pod stałą kontrolą organów policyjnych, a Psionicy znajdujący się w ich szeregach - przeniesieni do Pryzmatu i wcieleni do armii. Nie będziemy łapać psioników, którzy wolą żyć na wolności. Do kraju wkroczy jednak więcej Sił Specjalnych Psi, którzy będą kontrolowali ich życia, by wiedzieć, czy nie zagrażają bezpieczeństwu obywateli. Owa jednostka nie będzie jednak kojarzona z bólem i cierpieniem. Pod wezwaniem nowego generała, Christophera Flynna, przeobrażą się w żołnierzy, którzy przede wszystkim będą nieśli pokój!- mówi nowa pani prezydent. W pewną grudniową noc do siedziby łowców została wysłana grupa z Pryzmatu. W jej skład wchodził agent specjalny Calum Hedger, jednostka wojskowa połączona z kilkoma agentami CIA jak i oddział składający się z Psionków - Valerie Cadle, Sahir Nailah i Lux Bloomfield. Walka była wyrównana przez większą część czasu, jednak były agent Ligi Dzieci, Sahir Nailah o zdolnościach określanych jako Czerwone, dokonał podpalenia całego kompleksu. Niektórzy z Łowców uratowali się, jednak wielu z nich zginęło w gruzach budynku. Mimo iż Pryzmat proponował im pokojowe rozwiązanie, to zdecydowali się oni na walkę. - Obywatele. Dzisiejszego dnia muszę poinformować was o przykrej sytuacji. Wczoraj w nocy doszło do... Rozbicia grupy przestępczej sygnującej się nazwą "Łowcy". Podczas akcji, nasz kraj poniósł wiele strat. Straciliśmy wielu żołnierzy, którzy oddali życie za bezpieczeństwo i lepszy świat dla Psioników - mówi Judith Gray. Ponadto zdeklarowała się, że umożliwi każdemu agentowi, który nie chce podjąć się służby, szansę na wycofanie. Jednak wciąż namawia do walki o kraj i prawa Psioników. - Ktoś musi zbudować lepszy świat. Wierzę, że będziemy to my - dodaje.

Obecnie mamy styczeń 2023r.
Odczuwalna temperatura to -19°C, pada śnieg i jest straszny mróz.
Każdy, kto podrzuci komuś z administracji na PW/GG link z odegraniem mutacji czy odkryciem nowych zdolności, otrzyma dodatkowy jeden punkt. Za ciekawsze odegrania (bardziej wpływające na otoczenie, inne postacie) zostaniecie nagrodzeni dwoma punktami. więcej informacji tutaj
Dodaliśmy system notatek! Zachęcamy każdego do stworzenia swojego tematu! Tutaj link!

- Zapraszamy do zabawy w anonimowe wyznania. LINK TUTAJ


Poprzedni temat «» Następny temat
Lasy
Autor Wiadomość
Liam Carpenter
I'm Batman.


20

Czerwony




Wysłany: 2016-10-14, 19:46   
   Multikonta: Caroline
[Cytuj]

Syknął kiedy trafiła go w krocze i w podzięce na chwilę przydusił ją jeszcze bardziej. Niestety po chwili niechętnie puścił bo miał jej nie zabijać.
-Ty dziwko - posłał jej nienawistne spojrzenie. Też była nieźle popieprzona. W sumie jeszcze nikt kogo poznał się z nią nie równał. Najwyraźniej oboje byli siebie warci. A to co kombinuje to jego sprawa. Po chwili wstał wkurwiony i nie chciało mu się czekać ani chwili dłużej. Podniósł się z ziemi i rzucił wielką kulą ognia w stronę wszystkich łowców. Niektórych zasięg niestety nie obejmował więc musiał ich poczęstować indywidualnym pokazem fajerwerek. Rzucał kulę za kulą z prędkością światła. Wszyscy przeraźliwie krzyczeli umierając w agonii, a w powietrzu było czuć wyraźny smród palonej skóry i włosów. Liam przez chwilę uśmiechnął się do siebie dumnie. To nie tak, że był zwyrodnialcem i sadystą. No może trochę. Ale generalnie nie miał innego wyjścia bo od razu postawiliby całą bazę na nogi gdyby zauważyli, że próbuje uciec. Chwilę potem z gotowym pociskiem w dłoni przeniósł wzrok na rudą.
-Jak trening ze mną ci się nie podoba to możesz dołączyć do kolegów z oddziału. A teraz się stąd zmywam. Raz na zawsze.
 
 
Joyce Foley
jednoręki smok szczęścia


21 lat

czerwony




Wysłany: 2016-10-14, 19:59   
   Multikonta: MG, Levi
[Cytuj]

Dopiero gdy rudowłosy chłopak wsiadł do samochodu, a musiał to zrobić, gdy silnik pracował na najwyższych obrotach, Joy puścił pedał gazu i pozwolił wsiąść Shane’owi. Przy czym musiał go jeszcze trochę podrażnić i gdy ten podchodził do drzwi, Joyce odjeżdżał kawałek dalej, nie pozwalając złapać mu za klamkę, by otworzyć drzwi. Ze zgryźliwym uśmieszkiem wpatrywał się w lusterko widząc zirytowanego mężczyznę. Moment później wszyscy siedzieli już w samochodzie i gotowi byli do drogi. Minęła ona spokojnie, nie licząc stylu jazdy Joyce’a. A miał on kilka bardzo ważnych zasad: po pierwsze nie możesz dać się wyprzedzić; po drugie, nie możesz zejść poniżej 90 kilometrów na godzinę, a po trzecie, to jebać wszystko, yolo i zatrzymajmy się na najbliższym drzewie. Ogólnie nie były to warunki pozwalające na spokojną drzemkę w trakcie jazdy. W sumie to nic dziwnego skoro pozwalasz prowadzić komuś, kto prawo jazdy wyrobił sobie przez internet.
Przez całą drogę nie odezwał się ani razu. Ciszę w samochodzie przerywał jego psychodeliczny śmiech, no i od czasu do czasu jakaś nudna paplanina Shane’a, który jak zwykle chciał być fajny, ale i tak nikt go nie lubił.
Pozwolił poprowadzić się zgodnie z GPSem, bo fakt nie wziął swojego. Nie ma to jak przygotowanie dowódcy do misji. Ale żeby pozwolić mu się rządzić? Chyba żart.
Nie było szansy na to, że pozwoli sobą kierować takiemu pachołkowi jakim był Shane.
Prychnął tylko, wybałuszył oczy i wystawił język.
- Zmuś mnie!- wyjąkał wciąż z wystawionym językiem, więc ciężko było zrozumieć co powiedział. Wyjął z torby granat i zanim ktokolwiek zdążył go powstrzymać rzucił go w stronę Łowców, którzy bawili się niedaleko przyduszanej Rudej.
 
 
Kelly McCarthy


19 lat

Niebieska Matka Teresa




Wysłany: 2016-10-14, 20:06   
   Multikonta: Szejn, Mistrz Gry, Kai, Cookie
[Cytuj]

-Kelly-
Otworzyła usta ze zdziwienia, co do kurwy! Wiedziała, ze ma nierówno pod sufitem, ale że aż tak? Uniosła obie dłonie do góry, przygotowana na wytworzenie w okół siebie pola siłowego, które miałoby odbić jego kulę ognia, zmrużyła nawet oczy niczym rozjuszona kotka, ale nic takiego się nie stało. Nie mogła uwierzyć w to co właśnie się działo, to było... Jak sen na jawie?
Czy może wydarzyć się jeszcze coś dziwniejszego?
- Dlaczego...? - wyszeptała cicho, patrząc wprost na niego. Nie potrafiła zrozumieć jego poczynań. Słyszała krzyki ludzi, którzy płonęli. Błagali Boga o łaskę, przeklinali Liama i cały świat. Nieprzyjemne skwierczenie wwiercało się w uszy i nie chciało wyjść z głowy. Widziała topiącą się skórę, która przypominała wosk świeczki. Zrobiło jej się niedobrze i gdyby tylko wcześniej coś zjadła, na pewno już zwróciłaby całość. Przełknęła głośno ślinę i powoli stawiała kroki w tył, bardzo ostrożnie. Jeżeli będzie chciał ją zabić, trudno. Ona nawet nie ma dokąd pójść, nawet nie wie gdzie mogłaby się podziać, ani kogo poprosić o pomoc.
- Czyli jestem wolna? - zapytała wciąż niedowierzając.

-MG-
Po wybuchu granatu ogień rozprzestrzeniał się w zastraszającym tępie. Liama i Kelly nieco przysypało ziemią, a dym gryzł w gardło i oczy wraz ze znoszącym się kurzem. Las i polana były suche jak wiór, więc trawa zajęła się ogniem w zaledwie kilka sekund. Shane spojrzał na swoich ludzi, jakby czekał na ich reakcję. Joyce i Liam byli bezpieczni, ich języki ognia mogły dotykać, byli czerwoni, ale co z resztą?
- Wycofujemy się, przez ciebie pojebie - rzucił do słuchawki, kiedy to ogień szybko przemieszczał się w ich stronę. Zostawi ich jeżeli będzie taka potrzeba. Zabierze Connora i Joyca siłą, a tamta dwójka - niech sobie radzi. Leliel zrozumie, że nie mogli nic zrobić.

-Kelly-
Osłoniła tylko głowę od wybuchu granatu i rozejrzała się w okół. Ktoś tu był oprócz nich. Poczuła jak nagle robi jej się gorąco. Odskoczyła do tyłu, kiedy ogień rozprzestrzeniał się w zastraszajacym tempie, niemalże topiąc podeszwy jej butów. Zginie tutaj, była tego pewna. Musiała coś szybko wymyślić, inaczej spłonie żywcem jak tamci, albo dostanie kolejnym granatem prosto w głowę i przynajmniej ominie ją śmierć w męczarniach. Ogień sięgał już niemal koron pobliskich drzew, a cała trawa płonęła, oprócz maleńkiego kawałka w okół niej. Stworzyła sobie swojego rodzaju bańkę, która jednak zaraz pęknie i co wtedy?
 
 
Connor Peyne
Monument


20

Niebieski




Wysłany: 2016-10-14, 20:09   
   Multikonta: -
[Cytuj]

Podróż była zatrważająco nudna. Obaj jego towarzysze nie byli duszami towarzystwa. W sumie nie przeszkadzało mu to, w końcu sam lubił zamknąć ryj i obserwować otoczenie. Najwidoczniej trafił w miejsce, gdy ludzie będą sprawiali mu same kłopoty, ale co z tego. Przynajmniej będzie ubaw.
W końcu dotarli na miejsce. Zostali porozsyłani po lesie w celu obserwacji. Wyjął swoją broń i wykonał wydane przez Shane'a polecenia. Skrył się za jednym z krzaków nieopodal miejsca, w którym dwójka łowców walczyła, albo trenowała. Raczej był to trening, ponieważ widział jak rozmawiają ze sobą w międzyczasie.
Niestety ani jeden z łowców, ani jeden z jego ludzi nie zachowywali się normalnie. Najpierw Łowca, który walczył z rudowłosą zaczął rzucać kule ognia w stronę pozostałych swoich ludzi, no i musiał napatoczyć się popapraniec z jego grupy, który wyrzucił w ich stronę granat.
- No fajnie. Mieliśmy się ukrywać...- pomyślał, po czym pobiegł w stronę Joyce i zaczął wysadzać na kawałeczki pozostałych przy życiu łowców. (użył swoich umiejętności)
- Dobry początek, a teraz co planujesz?- zapytał nieco zgryźliwie, jednak gdyby przyjrzeć się jego oczom, świeciły się niczym płomienie jakiegoś dużego ogniska.
- Chyba masz jakiś plan... Nie?- dodał po chwili prawie szeptem. Nie miał pojęcia co dalej. Czyżby zbliżała się jakaś napierdalanka?
 
 
Liam Carpenter
I'm Batman.


20

Czerwony




Wysłany: 2016-10-14, 20:28   
   Multikonta: Caroline
[Cytuj]

-A dlaczego nie? - wzruszył tylko ramionami. Uznał to za bezsensowne pytanie. -Dołączyłem do nich sam to odejdę też kiedy zechcę. I nie jestem ich niewolnikiem żeby cię niańczyć, wolę prawdziwe misje - prychnął na samą myśl tego jak szef go potraktował. Dosłownie jak jakiegoś nowicjusza dla którego nie ma żadnego zadania. No tak to nie będzie więc Liam postanowił się wymiksować. Nie zwracał już uwagi ani na krzyki ani na odór palonych ciał. Po całym czasie spędzonym u łowców był do tego przyzwyczajony i zobojętniały.
-W sumie... - zaczął mówić, że może sobie pójść gdzie chce kiedy gdzieś obok nich wybuchł granat. Pandemonium czy ktoś jeszcze mieszał się w jego sprawy? Jeśli pandemonium to naprawdę musiał się jeszcze raz zastanowić nad dołączeniem do nich bo chyba mieli w swoim oddziale samych idiotów. Po pierwsze rzucanie do nowych potencjalnych członków to była głupota, a po drugie powinni się nad tym zastanowić i nie marnować granatu bo on i tak był odporny na ogień i wszelkie wybuchy. Gorzej z Kelly. Nie zastanawiając się zbyt długo odpalił swój płonący bieg, złapał Kelly w przelocie i oddalił się od rozprzestrzeniającego się pożaru wystarczająco daleko żeby na razie ich nie dosięgnął. Nie to że płomienie mogły mu zrobić krzywdę ale mimo wszystko siedzenie w środku gigantycznego kominka nie było jakieś szalenie przyjemne. Okazało się, że wylądowali całkiem blisko ludzi z Pandemonium. Liam wkurwiony zmarszczył brwi i podszedł bliżej.
-I na chuj wam był ten granat?! - warknął unosząc brew. Ten hałas mógł tylko niepotrzebnie zwrócić uwagę kolejnych osób, które mogły chcieć się zamieszać w ten cały bajzel. Jakby nie wystarczyło to, że był zmuszony do sprzątnięcia tuzina łowców żeby zatuszować swoje odejście.
 
 
Joyce Foley
jednoręki smok szczęścia


21 lat

czerwony




Wysłany: 2016-10-14, 20:34   
   Multikonta: MG, Levi
[Cytuj]

Agonalne krzyki łowców trawionych przez ogień były jak muzyka dla jego uszu. Nie słyszał w życiu nic tak pięknego. Zdołał się zorientować, że te wszystkie płomienie to nie zasługa jednego granatu rzuconego na oślep. Joyce nie widział, że to płomienie Liama, bo stał tyłem do nich, gdy wyrzucał granat na złość Shane’owi.
- Plan? - spytał z niedowierzaniem, nie zważając tak naprawdę na sytuację, w jakiej się znajdowali. Dla niego otaczające ich płomienie były jak muskające go delikatne iskierki, z którymi przyjaźnił się już od tak dawna.
- Nie, nie mam żadnego - odparł i wzruszył ramionami. Już chciał olać to wszystko, usiąść sobie i podziwiać widoki, ale przypomniał sobie o nagrodzie, jaką zaoferowała mu Lel za wykonanie misji. I jeśli wróci z pustymi rękami, a Shane przekaże swój raport, to znów zostanie uziemiony. - Ehh... – westchnął cicho, ale jak to się mówi, nie chciał przyjść Mahomet do Góry, to przyszła Góra do Mahometa czy jakoś tak, najważniejsze, że cel jego podróży zjawił się tuż obok niego.
- Nazwisko?!- spytał, całkowicie ignorując wcześniejsze pytanie mężczyzny. W głowie miał zakodowane nazwiska z listy, więc jeśli obecni tutaj nie byli przydatni Lel, to niech sobie umierają w spokoju, tylko niech przy tym głośno krzyczą, a Joy już się o to postara.
 
 
Connor Peyne
Monument


20

Niebieski




Wysłany: 2016-10-14, 20:41   
   Multikonta: -
[Cytuj]

Spojrzał na niego. Zaczął wierzyć w każde jego słowo. Joyce był chyba po prostu niezrównoważony psychicznie. Jego czyny były spowodowane impulsem, małą iskierką w jego skomplikowanym móżdżku. Uśmiechnął się tylko w jego stronę.
- No to improwizujmy wybuchowy kolego...- powiedział, po czym zaraz obok nich znalazł się koleś, który trenował z rudowłosą. Connor niewiele myśląc teleportował się za niego, a do jego skroni przystawił glocka.
- Na chuj byłeś tu z tymi ludźmi?- zapytał spokojnie.
- Nazwisko!- upomniał po chwili kolesia na celowniku jego szarmanckiego pistoletu.
Lepiej nie szaleć. Wszechobecna krew obudziła w rudowłosym chęć mordu. Już kilka palących się ciał zostało wysadzonych, teraz chciał już tylko więcej i więcej. Nie zatrzymywałby się, gdyby nie był tu sam i nie miał niczego do udowodnienia.
- Radzę nie robić nic głupiego. Mogę rozwalić cię na kawałeczki nie tylko tym gnatem....
 
 
Kelly McCarthy


19 lat

Niebieska Matka Teresa




Wysłany: 2016-10-14, 20:47   
   Multikonta: Szejn, Mistrz Gry, Kai, Cookie
[Cytuj]

-Kelly-
Wszystko działo się cholernie szybko, jak na filmie, w którym ktoś wcisnął przyspieszenie na pilocie. Chwilę temu stała w płomieniach i resztkami mocy odgradzała się od ognia, a teraz stała na ziemi, gdzieś pomiędzy drzewami, gdzie ogień jeszcze nie dotarł. Musiała go ugasić, wiedziała o tym. Jeżeli tego nie zrobi, on w końcu dotrze gdzieś w zasięg oczu łowców i zaczą ich szukać znacznie szybciej. Zignorowała paplaninę dwóch gości, którzy najwyraźniej wszystko mieli w dupie i przystanęła na skraju ognia. Czuła jak jej twarz oblewa nieprzyjemne gorąco. Wyciągnęła obie dłonie przed siebie i skupiła się na swoim celu. Drzewa zaczęły upadać z głośnym hukiem na ziemię. Brzmiało to bardziej jak uderzenia pioruna, który był blisko. Jedno za drugim padało na ziemię, tłumiąc przy tym płomienie. Przydałaby jej się pomoc, to bardzo syzyfowa praca, jeżeli gasi pożar w jednej części, a druga pozostaje bez opieki i rozrasta się w każdą możliwą stronę. Czas na wdzięczność i podziękowania będzie później, o ile wyjdą z tego cało. Stała tak w milczeniu, co chwile łapiąc płytki oddech. Powietrze było tak gorące, że parzyło ją w drogi oddechowe.
No dalej McCarthy, skup się, jeszcze chwila. - ciągłe używanie umiejętności było okropnie wykańczajace. Gorsze od maratonu dookoła świata. Już nawet nie wiedziała jak się nazywa, marzyła o tym, aby chociaż na chwilę zasnąć i to uczucie całkowicie ogarnęło jej umysł. "Sen". Zamrugała kilkukrotnie oczami, aby móc skupić się jeszcze na chwilę, niewiele pozostało.
- Możecie się ruszyć?! - warknęła głośno w stronę dzieciaków z jakimi przyszło jej obcować. Czuła, że ona jedyna ma tutaj resztki mózgu i tylko ona marzy o tym, żeby wyjść z sytuacji cało.

-MG-
Drzewa padały na ziemie jedno za drugim. Używanie umiejetności PSI miało swoje wady, zbyt wielki wysiłek prowadził do wycienczenia organizmu, omdleń, bólu głowy, krwotoku z nosa i możnaby tak wymieniać bez końca. Każdy człowiek miał swoje granice, prawda?
Shane oburzony ruszył w stronę Connora i chwycił go "za szmaty", wypychając tuż obok Kelly, tak blisko, ze niemal na nią wpadł.
- Pomóż jej do kurwy nędzy! W takim tępie Leliel urwie nam jaja za ten cyrk. - warknął groźnie i sam wziął na muszkę Liama, który stał tuż naprzeciw Joyca.
Nie miało znaczenia jak się nazywają. Musieli stąd uciekać, szybko i teraz.
Postawił krok w tył, wciąż trzymając Liama na muszce. Musiał się upewnić, nie może wziąć intruza do bazy. Chciał tylko, aby wszystko poszło sprawniej niż do tej pory. Położył dłoń na jego ramieniu dosłownie na ułamek sekundy.
- To oni. Joyce, zabierz go do furgonetki, zajmę się nowymi. - wysyczał przez szereg zaciśniętych zębów.
_________________




VOICE


OUTFIT


RELATIONS


NOTES


 
 
Connor Peyne
Monument


20

Niebieski




Wysłany: 2016-10-14, 21:02   
   Multikonta: -
[Cytuj]

Wybity ze swojej ścieżki chwały młodzik wysłał nienawistne spojrzenie do Shane'a. Miał ochotę zrobić mu krzywdę, chociaż połamać nos. A tu dupa. Nie mógł nic zrobić, bo był nowy. Zapewne obroniłby się jakoś i zaciukał bez opamiętania. A nie... Tak raczej zrobiłby sam Connor. Spojrzał na rudą, po czym zwrócił się plecami do niej. Nie używał telekinezy, chuja z tego umiał. Widział jednak, że laska powalała drzewa, żeby nie dać płomieniom rozprzestrzenić się. No cóż. Odkrył w sobie jedynie trzy umiejętności. Wytworzył przed sobą tarczę, która pochłaniała chociaż trochę gorąca, po czym zaczął wysadzać drzewa u dołu pnia. Było to pracochłonne, ale możliwe do wykonania. Wzrok ludziki ma to do siebie, że może zmieniać swój cel błyskawicznie.
- No to chyba zaczynamy tworzyć ligę rudzielców- powiedział tak donośnie, aby dziewczyna go usłyszała, po czym roześmiał się jak głupi. Co jak co, ale tym razem nie kłamał. Jakimś cudem oboje z niebieskich w tym towarzystwie miało rude włosy.
 
 
Joyce Foley
jednoręki smok szczęścia


21 lat

czerwony




Wysłany: 2016-10-14, 21:07   
   Multikonta: MG, Levi
[Cytuj]

- Pfff... – czyżby Shane jeszcze się nie nauczył, że nie ma prawa rozkazywać Joycce’owi? Westchnął z pogardą i sięgną ręką do torby, by wyjąć kolejny granat. Tym razem jednak mężczyzna dostrzegł jego zamiary i powstrzymał go w ten czy inny sposób, ale zabrał mu torbę z granatami i nabojami żeby już więcej nie rozpierdolił. W odpowiedzi na to Joyce wytworzył w swojej dłoni kulę ognia, którą zamierzał wycelować w tego bezużytecznego zgreda, który w zasadzie z całej trójki jest najrozsądniejszy, no ale nikt go o to nie prosił. Rozjebka też jest fajna.
Młody został skierowany do pomocy przy gaszeniu pożaru, a on zamiast usmażyć Shane’a strzelił mu tylko iskierką w twarz. Nie spowodowało to wielkich obrażeń, ale blizna zostanie na pewno.
Wskazał dłonią na blondyna, który swoją drogą był od niego wyższy i Joyce musiał patrzyć w górę by spojrzeć mu w oczy.
- Chodź za mną – odparł, zrezygnowany, wywracając oczami. Całą resztę w zasadzie zignorował i pociągnął ze sobą tylko blondyna. Jeśli poszedł on z Joycem to pobiegli na skraj lasu i wsiedli do furgonetki, która była tam zaparkowana. Jeśli został, to Joyce pobiegł sobie sam. Nie wiem jakim cudem ale udało mu się manewrować w lesie i samochód zbytnio na tym nie ucierpiał. Chwilę później znajdował się tuż obok pozostałych.
- Kończcie i spadamy stąd - warknął z oburzeniem, że jeszcze nie ugasili pożaru. Tak jakby oczywistą oczywistością było, że to powinno już zostać dawno zrobione.
 
 
Liam Carpenter
I'm Batman.


20

Czerwony




Wysłany: 2016-10-14, 22:01   
   Multikonta: Caroline
[Cytuj]

W sumie to mógł zamiast podchodzić do nich zgarnąć Kelly i udać się prosto do szefowej tych idiotów. Wtedy dopiero mieliby przypał.
-Zapytaj swojej matki, wykrzykuje je co nocy - warknął w stronę Joyce'a nieco poirytowany. I jeszcze ten rudzielec, który przystawił glocka do jego skroni. Aż w jego dłoni sama zaczęła formować się kula ognia. Jakoś nie przepadał za rozmawianiem z lufą przy głowie. Dobrze, że chociaż znalazł się jakiś rozsądny pomarańczowy, chyba dowódca ale widocznie kiepski skoro w ogóle nie ogarniał swoich chłopców. Kiedy na chwilę przestali się nim interesować zaśmiał się kiedy czerwony prawie cisnął kulą ognia w Shane'a. Gdyby w tej sytuacji nie był takim głupim dupkiem to zdecydowanie by się z nim zgodził, że rozjebka jest całkiem fajna. Kiedy chciał żeby z nim szedł wywrócił oczami ale za bardzo nie protestował. W końcu i tak miał zostać jednym z nich. Pobiegli do furgonetki, gdzie Liam oczywiście zajął miejsce z przodu obok kierowcy. Kiedy wszyscy zaczynali pakować się do środka spojrzał na Kelly.
-Jedziesz z nami laleczko, wracasz do łowców na mnie naskarżyć czy jak? - w sumie był ciekawy odpowiedzi. Najbardziej spodziewał się tego, że postanowi po prostu odejść i być wolna ale tak właściwie do kogo, do czego i po co? W końcu jej wszyscy przyjaciele byli właśnie w Pryzmacie, u Łowców albo martwi.
 
 
Kelly McCarthy


19 lat

Niebieska Matka Teresa




Wysłany: 2016-10-14, 22:06   
   Multikonta: Szejn, Mistrz Gry, Kai, Cookie
[Cytuj]

-MG-
Szane zabrał torbę Joyca i zam zarzucił ją sobie na ramię. Miał dość niesubordynacji w tym nielicznym oddziale. Joyce nie nadawał się do tego typu misji, będzie musiał powiadomić Leliel, że to nie był najlepszy pomysł i żeby już nigdy więcej go nie wysyłała po za bazę. Pchnął lekko Liama, aby ten wyruszył z Joycem po samochód. Miał tylko nadzieję, że nie zrobią ich w konia i nie odjadą w stronę zachodzącego słońca. Connor również mógł czuć się słabo. Wysadzanie drzew i robienie przy tym pola siłowego było tak samo wyczerpujące jak ich powalanie za pomocą telekinezy. Pożar opanowany. Co prawda wyglądało to jakby przeszło tędy tornado, ale przynajmniej reszta lasu nie spłonie, więc poświęcenie kilku drzew było dobrym pomysłem.
Connor mógł poczuć jak z nosa kapie mu ciepła i gęsta krew, brudząc przy tym koszulkę. Nie trwało zbyt długo, kiedy stracił przytomność, a Kelly zaraz po nim. Nawet nie zdążyła odpowiedzieć Liamowi.Padli jak zestrzelone kaczki. Nie mogli nic zrobić, uratowali życie sobie i Shane'owi, to się liczyło. (...) Szane złapał ich w okolicy karków, mocno zaciskając ręce na materiale. Ciągnął ich z małą trudnością, zupełnie jak zwłoki. Dlatego cieszył się, że chłopacy podjechali bliżej. Wrzucił parkę na pakę i sam wskoczył za nimi. Musiał ich pilnować w razie, gdyby jednak się ocknęli.
(...)
Podróż do Pandemonium minęła w całkowitej ciszy. Shane nie odzywał się do nikogo, mając za złe im to, jak wielkich głupot się dzisiaj dopuścili.
- Joyce, wybieraj sobie nowego skowronka. Ruda, Blondaś czy Rudy? - rzucił żartem Shane, kiedy wyskakiwał z samochodu.
- Ty blondaś zanim zrobisz laskę Joycowi idziesz ze mną, trzeba wyjąć ci to ustrojstwo. - popukał go w szyję i za koszulkę wyciągnął na zewnątrz, jakby sam nie potrafił chodzić. Zaciągnął go do lecznicy, gdzie Liam byl posłuszny jak baranek, a dlaczego? Pomarańczowy kazał mu tak się zachowywać...

z/t wszyscy. Każdy dostanie na pw informacje co dalej.
 
 
Abigail Cain
just a teenage dirtbag


dwudziestka

baby blue




Wysłany: 2016-11-06, 23:41   
   Multikonta: Sierra
[Cytuj]

Przeleżenie kilku godzin na twardym piachu w gruncie rzeczy nie było takie złe, jeśli mogła nacieszyć się poduszką w postaci marcelinowego uda. Jej własne ciało powróciło do jednej trzeciej dawnej sprawności, do szczytowej formy było jednak daleko, głównie przez uroczą ranę na karku. Tylko jej biedna główka nie mogła zaznać wytchnienia, bo ledwo się obudziła, a wszystko, co wypierała poprzedniego dnia, powróciło do niej ze zdwojoną siłą. Wciąż starała się te wszystkie beznadzieje przeżycia spychać w zakamarki umysłu, ale jakoś trudno było teraz patrzeć na Alice i nie myśleć o tym, że pomarańczka sprzątnęła jej sprzed nosa cel, do którego dążyła przez kilka lat. Z tego powodu raczej unikała jej wzroku, w nadziei, że jakoś uda się o tym zapomnieć i znów będą mogły świergotać sobie jak urocze ptaszki. Z Summer sprawa miała się całkowicie inaczej - wręcz nie odlepiała od niej patrzałek. Każdy jej ruch wydawał się podejrzany i jeszcze chwile, a wpadłaby w paranoje, dlatego potem zaczęła działać w zmiennym systemie z Marceline. Mogło się wydawać, że to z tą ostatnią miała tutaj najlepszy kontakt, i wprawdzie tak było, do czasu gdy przyplątał się do niej fenek. Taki uroczy, słodki jak wata cukrowa i nie za bardzo wylewny w stosunku do Abs, ba, już bardziej był zainteresowany piaskiem! No i na widok tej włochatej kulki ze złamanym sercem wspomniała Pana Purczysława i nawet uczciła jego pamięć pół-minutą ciszy, żeby następnie wrzucić to do reszty listy rzeczy, o których powinna jak najszybciej zapomnieć. Mimo to dobrze wiedziała, że przez jakiś czas nie opędzi się od tych przygnębiających myśli, niestety.
Ale nie zapomniała przecież o tych wszystkich pozytywach, które pozwoliły jej się uprzednio nie rozpaść. I teraz były głównym motorem napędowym do uruchomienia samochodu i pognania w stronę domu. Do aut nigdy nie pałała przesadną miłością, a po tym małym rendez vous z tym oto okazem stwierdziła, że nigdy więcej za kółkiem nie usiądzie. Przez kolejne kilka dni miała nieco wisielczy humor, także mimo zagrzewaniem do boju drużyny w stylu rasowej cheerleaderki można było dostrzec, że znów skryła się za pewną fasadą. A przynajmniej mogły to zauważyć byłe członkinie oddziału pierwszego, Summer niekoniecznie, przebywała z nią jednak za krótko. I dobrze, jakby kto ją pytał. Nie bez powodu utrzymywała pozycję naczelnego, grupowego słoneczka. Byłoby jeszcze gorzej, gdyby zaczęły się jakieś pytania.
Coś jadły, piły, w jakiś fartowny sposób nawet przeżyły i ich miejscem docelowym został las - ale nie byle jaki. Jedyny w swoim rodzaju, ba, stwierdziła nawet, że właśnie został jej ulubieńcem, a dlaczego? Bo prowadził do raju. OWD. Było tak blisko! Jak światełko w tunelu, którego musiała się kurczowo chwycić, bo skoro Liga odeszła do lamusa, musiała czymś zapełnić pozostałą w jej miejscu dziurę. Powrócenie na stare śmieci wydawało się doskonałym, początkowym celem.
Dlatego po zatrzymaniu wozu wysiadła migiem, zdyszana jak po przebiegnięciu maratonu i rzuciła się w objęcia najbliższego drzewa. Trochę z sentymentu, trochę przez głupią, hippisowską potrzebę zbratania się z naturą. No i żeby się nie wywrócić, bo tak niepewnie stała przez chwilę na nogach, ale cii. Po ochłonięciu odgarnęła niedbale włosy z twarzy i zwróciła się do dziewczyn:
- Okej, moje wy robaczki, teraz znów pokierujecie się za swoją ulubioną przewodniczką ku lepszej przyszłości. Wprawdzie trochę czasu minęło, odkąd ostatnio byłam w Obozie, ale i tak jakoś tam z wami dojdę. W końcu ten las nie jest tak wielki jak pustynia! - Uroczy uśmiech przyozdobił jej twarzyczkę i pomaszerowała żwawo w, jak jej się wydawało, odpowiednią stronę. Uprzednio tylko zakręciła się obok Marceline w celu złapania w łapki fenka i posłała jej z daleka buziaczka rekompensującego podkradnięcie stworzonka. A wzięła go głównie po to, by przy namiętnym głaskaniu uspokoić trochę swoje bijące w szaleńczym tempie serce - świadomość, że zaraz znajdzie się w domu działała na nią zdecydowanie zbyt pobudzająco.
_________________

carry on
there'll be peace when you are done

 
 
Marceline Abadeer


19 lat

Czerwona




Wysłany: 2016-11-09, 23:23   
   Multikonta: -
[Cytuj]

Fenek, który się do niej przypałętał, wpierw frustrował Marceline, która mimo trzymania warty, próbowała jako tako odpocząć. Taki wół. Ten mały futrzak nie pozwalał jej na nic, tylko gryzł po palcach (o dziwo lekko), prawdopodobnie domagając się jedzenia, wody, chuj wie czego. Ale go polubiła. Nawet. Słodki był i w ogóle...
Awawawawawawawawawawawawawawawawawawawawawawawawa.
Jak tego nie kochać?
Takie duże uszka, malutki nosek, cienkie łapeczki, wielkie oczy. I lubi się tulać, gnida jedna. Od razu zdobył serce Marcysi, która chyba tego w życiu teraz potrzebowała. Czułości, cholera jasna. Tej w życiu miała tak mało, że aż dziw, że się jeszcze nie powiesiła na prymitywnym sznurze wykonanym z brudnych gaci w łazience Ligii. Nie chciała złapać syfu przed śmiercią, więc ten pomysł poszedł w zapomnienie tuż po tym, jak powstał, ale i tak fajnie było sobie wyobrazić miny tych, którzy musieliby ją sprzątać. Hehehehe.
Zdecydowanie chciałaby kiedyś odejść z wielkim hukiem, żeby kurwa musieli się przy tym inni narobić! Musi to kiedy zaplanować.. Tymczasem zmienił ją ktoś na warcie i przespała się tych kilka ostatnich godzinek raju, a potem... Podróż godna Fileasa Fogga. Szkoda tylko, że ta wycieczka była krótsza o siedemdziesiąt parę dni, no ale zawsze coś. Jak i całego świata nie okrążyły, tylko pustynię przebyły i dotarły do Jakiegośtam lasu (Marcelinowa nieznajomość egzotycznych miejsc), no ale ZAWSZE COŚ! Pomijając fakt, że Cyś wolałaby już w ogóle zaszyć się w jakiejś cichej chatce, mieć dostatek jedzenia i wody i mogłaby sobie tak żyć z fenkiem wiele lat. Nie wiedząc czemu, pomyślała, że i Abi chciałaby tam mieć, co musiała skomentować w głowie niewyspaniem etc.
No bo jak to tak, zakochana Cysia.
To nie przystoi takiemu debilowi!
W końcu dotarły, Marceline wysiadła z samochodu tuż za Abs, coby nogi rozprostować, miękkie jak galareta od ciągłego siedzenia w przeklętej maszynie (wspominałam, że Cysia nie lubi samochodów? Nie? No to mówię). Na dodatek cały czas dziwnie się to auto poruszało, nie tak jak powinno, bo w końcu Abs pchała go telekinetycznie, przez co Marc nie mogła się powstrzymać od głupich żartów na temat "popychania" rzeczy martwych, no ale to już jej chory humor. Rozładować napięcie chciała i tak dalej. Poza tym, wzroku nie spuszczała z Summer, bo przestała jej ufać po tym, jak wyraziła chęć zabicia Alice, na co ani ona ani Abi się nie zgodzą. I na co jej definitywnie nie pozwolą. Chyba, że chce skończyć tak samo jak jej ofiara, ha.
- Czemu mam jakieś złe przeczucia odnośnie tego miejsca? - burknęła, marszcząc brwi zaskoczona kradzieżą Bombek. Tak, właśnie tak nazwała fenka.
Szła jednak za Abigail, ufając jej, jak i Alice.
 
 
Alice Young
Boss SB, czy coś.


21

Pomarańcz




Wysłany: 2016-11-10, 12:58   
   Multikonta: John, Nathan
[Cytuj]

Na przekór wszystkiemu, humor Alice zdawał się stopniowo poprawiać. Mimo zniknięcia Bambi i Rose, dziewczyna wiedziała, że powinna trzymać mocno to co ma. Ostatnio, gdy próbowała unieść za dużo, wszystkim sprawiła jedynie kłopoty. Teraz nie mogła sobie na to pozwolić. Nie chciała tracić nikogo więcej. Czuła, że Bambi i Rose żyły, teraz musiała tylko je odnaleźć i odzyskać. A żeby to zrobić potrzebowała trzech rzeczy: pełni sił, pomocy przyjaciółek i informacji. I wszystkie trzy rzeczy mogła zdobyć w OWD, do którego prowadziła ich Abs. Dlatego, im bliżej celu tym częściej na jej twarzy pojawiał się lekki, wesoły uśmiech, zupełnie taki jak za dawnych lat w Lidze. Znaczy, za dawnych lat jest tu lekką przesadą, gdyż nie dalej jak tydzień temu wszystko było w porządku. Zaczęło się od tamtego treningu, i od tego czasu wszystko się waliło. Najpierw poświęcenie Cassiego, potem ta feralna misja, następnie zniknięcie dziewczyn, zniszczenie Ligi w zamian za możliwość ich ocalenia... Potem pustynia, na której prawie umarły, zniknięcie Bambi i Rose... A teraz były tu. W Kolorado, blisko swojego pierwszego celu. Wiedziała, że Marc i Abs nie ufają Summer, i wiedziała jaki jest stosunek Summer do jej samej, ale mimo to starała się rozluźnić atmosferę. Summer była im potrzebna, a Alice była potrzebna Summer. I obie o tym wiedziały. Dlatego właśnie Young zdawała się nie przejmować groźbą sprzed kilku dni, wręcz przeciwnie, widać było, że jest w stanie powierzyć zielonej własne życie. Zwyczajnie jej ufała.
Fenek stał się ważnym elementem tej wyprawy, i Alice była gotowa poświęcić tą odrobinę jedzenia w zamian za to, że małe stworzonko zwyczajnie poprawiało wszystkim humor. W końcu nie miały ostatnio dużo powodów do uśmiechu. Szczególnie Summer, która straciła w sumie wszystko. Alice doskonale ją rozumiała, sama jeszcze nie tak dawno czuła ogromną pustkę. Mimo to, w przeciwieństwie do niej, Summer się nie załamała, i szła dalej, udzielając im swojego wsparcia. Taki drobny fakt nie uszedł uwadze pomarańczowej, i w głębi serca czuła do swojej znajomej ogromny podziw. Ponieważ wciąż miała nadzieję. I Alice nie miała zamiaru jej tego odbierać. Nie... Jako osoba która wszystko jej odebrała, miała teraz obowiązek poświęcić własne życie by zwrócić jej jakąś część z tego.
Podążała spokojnym krokiem za Abs. Spoglądając na jej poprawiający się humor i widoczną ekscytację z powodu powrotu do domu, robiło się jej jakoś cieplej na sercu. W sumie nie mogła się doczekać, by zobaczyć to miejsce które niebieska tak wychwalała. Zdawało się, że najgorsze miały za sobą. Uciekły z tej pustyni, zdobyły pożywienie i wodę, ich rany nie były już tak poważne i uciążliwe jak jeszcze kilka dni temu, zbliżały się do bezpiecznego miejsca a od kilku dni nie natknęli się ani na żołnierzy ani na łowców. Być może naprawdę wyczerpały już cały limit pecha, i od tej pory mogło być tylko lepiej? W końcu co gorszego mogłoby się wydarzyć?
_________________
Myśli Słowa Telepatia Czyny.

Wszystkie posty zaczynające się od
MG
są pisane jako MG.
 
 
Abigail Cain
just a teenage dirtbag


dwudziestka

baby blue




Wysłany: 2016-11-10, 23:57   
   Multikonta: Sierra
[Cytuj]

Rytmiczne czochranie fenka pomagało tylko połowicznie. Zdołała uspokoić niespokojnie kołatające serce, ale opłaciła to powstaniem wielkiej guli w gardle. Kolejny, uroczy objaw stresu. Co tam misje, porwania i wybuchy, na nią działał tylko zwykły obóz! Szła przed siebie coraz żwawszym krokiem, a mijana roślinność wydawała jej się nieprawdopodobnie dobrze znana. Tyle że odpowiadała za to nie doskonała, fotograficzna pamięć, a silne ubzduranie sobie, że to przecież jej tereny, a więc zna każdy krzaczek jak własną kieszeń. Tak naprawdę szła trochę na ślepo, kierowana głównie intuicją. Zresztą lasy otaczające OWD nie były tak rozległe, by mogły się w nim zgubić. A jeśli nawet tak by się stało, dosyć szybko znalazłyby wyjście - w końcu to nie był żaden cholerny labirynt.
Maszerując i powstrzymując się, by lekko nie podskakiwać nie spoglądała zbytnio na dziewczyny. Miała taką dziwną chęć zerknięcia na Marceline, nie bardzo wiedząc czemu, ale ostatecznie się powstrzymała. Słyszała, jak za nią człapią i wprawiało ją to w samozadowolenie. Nie dlatego, że nagle poczuła w sobie ducha przywódcy, nie, tą rolę wciąż zostawiała jakby urodzonej do tego Alice - cieszyła się, że może je w końcu zaprowadzić w jakiś przytulny, bezpieczny zakątek. Taki, na który w każdej mierze zasługiwały.
Im większą odległość pokonywała, tym gula robiła się większa i większa, miała nawet wrażenie, że wyleci jej uchem czy nosem, przy okazji rozwalając główkę. Ten poziom stresu był niesamowicie zaskakujący i drażniący jednocześnie, bo nie mogła na to nic poradzić. Nie pomógł komentarz Marc, wyrażający powątpiewanie w dobry stan obozu. Sama zupełnie ignorowała pojedyncze sygnały dochodzące zewsząd i sugerujące, że coś się może zmieniło.
- Na pewno - powiedziała do swoich myśli, po chwili uświadamiając sobie, że jednak nie tylko do nich. - Jasne, coś mogło się przez ten czas zmienić. W końcu pół roku to szmat czasu. Ale gwarantuje ci, że to najlepsze, co nas spotka. Nawet, jeśli teraz nie ma już takich luksusów, jak jedna przyczepa na jedną osobę. - Mimowolnie uśmiechnęła się na myśl o swoim dawnym domku na kółkach. Ciekawe, kto go zajął? - Nic dziwnego, że masz złe przeczucie. Ostatnio tonęłyśmy w gównie. Po uszy. Ale to czas, żeby się z niego wyczołgać! - Tak dla zobrazowania swojego przepięknego porównania machnęła energicznie ręką w zamiarze przebrnięcia przez wyimaginowane błotko, w rezultacie ledwo utrzymując fenka w ramionach. Ale się udało, 1:0 dla niej.
- O, i trzeba zmienić mu imię. Nie może nazywać się jak ozdoba na choinkę! - rzuciła nieco obruszona w stronę Marc, tym razem odwracając głowę w jej stronę i przyglądając się troszkę zbyt intensywnie. Dla niepoznaki przerzuciła wzrok na Alice, przy okazji pytając jej:
- Pomarańczko, jakieś propozycje? Jestem otwarta na wszystko. - Poruszyła zalotnie brwiami - udawanie, że między nimi wszystko jest okej szło wręcz fenomenalnie.
Brnęły dzielnie do przodu z dobre paręnaście minut. Albo tak tylko się wydawało. W pewnym momencie zaczęła myśleć, że kręcą się w kółko, bo otaczająca ich przyroda wyglądała wszędzie niemal tak samo. Coś ją jednak tknęło, dosłownie mignęło przed oczami, gdy skanowała wzrokiem rozciągający się przed nią krajobraz. Coś, co nie pasowało do tego pięknego obrazka. Przyspieszyła kroku i szybko uklękła, wyciągając ręce ku ziemi. Przyjrzała się uważniej - pamiętała to szare gówienko.
- Nie zatrzymujcie się, idziemy dalej - rzuciła mechanicznie, próbując nie analizować tego, co właśnie odkryła. Nie mogła. Musiała po prostu przeć na przód. Wszystko było okej, takie rzeczy się w końcu zdarzały. Żaby z nieba, to mógł być i popiół, tak? To nie miało nic wspólnego z obozem. Nienienie. Ktoś po prostu bawił się w Silent Hilla, ah, głupie dzieciaki. Wiele młodszych od niej musiało w tym czasie dołączyć, na pewno znaleźli się wśród nich jacyś miłośnicy horrorów. Tak, tak właśnie było.
Przyspieszyła, niemal zaczęła truchtać, fenka zostawiając za sobą, tak jak i dziewczyny. Gula w gardle skutecznie uniemożliwiła jej rzucanie kolejnych błyskotliwych uwag, a serce znów zaczęło dudnić w piersi. Ale to było nieistotne. Musiała jak najszybciej... zaczęła biec.
_________________

carry on
there'll be peace when you are done

Ostatnio zmieniony przez Abigail Cain 2016-11-14, 13:22, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Summer Dawson
Ziemniak


19

Zielona




Wysłany: 2016-11-12, 23:11   
   Multikonta: -
[Cytuj]

Dość szybko cała złość się z Summer ulotniła. Była porywcza i choć nigdy nie rzucała słów na wiatr, to skoro już zadecydowała, że Alice nie ciupnie, to nie miała takiego zamiaru. Całe dziwne pinkolenie o zabijaniu przeszło jej w kilkanaście godzin i wróciła do starego stylu bycia, czyli wkurzania wszystkich przemądrzałym tonem. Zupełnie tak, jakby nic nigdy się nie stało. Jedynym, co przypominało jej o poprzednich obietnicach, były nienawistne spojrzenia dziewczyn. Halo! Przecież powiedziała, że nic jej nie zrobi! Koniec akcji. Nawet uratuje ją z paszczy zmutowanego niedźwiedzia, jeśli zajdzie taka potrzeba. Chciała to nawet jakoś zademonstrować, ale w momencie gdy uniosła ręce by uścisnąć Alice, Abi puściła w jej stronę taki wzrok, jakby miała jej zaraz wyszarpać nerkę i wyrzucić ją przez okno. Zrozumiała, że raczej z przyjaźni nici, a szkoda, bo wychodzi na to, że została na tym smętnym globie sama.
Przeżyły kilka dni, a ile w tym było zasługi Summer, to już nie mi oceniać. Dzięki swojej tęgiej głowie, pewnie jakoś przyczyniła się do napełnienia żołądków całej czwórki. No tak, bo Bambi i Rose gdzieś wywiało. Tak czy siak, te ostatnie okazy agentek Ligii Dzieci, dotarły do lasu, który według obliczeń Summer i Abs, miał prowadzić do OWD. Summer bez słowa ruszyła za Cain, obserwując jej irracjonalną radość. Ludzie.
Jednak im dalej w las, tym bardziej jej coś śmierdziało. Zresztą, chyba nie tylko samej Dawson. To był moment, kiedy powinny się zastanowić, czy nie poszło im za łatwo. Znowu. Już raz dostały po dupskach, za własną roztropność. Tym razem, nie mogły sobie na to pozwolić.
- Hej, zatrzymajcie się - syknęła, bo krzyk wydał się nierozsądną opcją. - Nie sądzicie, że tym razem warto się rozdzielić? Dwie na czatach, dwie sprawdzają obóz? - Jednak, było już za późno. Abi rzuciła się biegiem w stronę obozu, a Summer niewiele myśląc, pobiegła zaraz za nią.
 
 
Alice Young
Boss SB, czy coś.


21

Pomarańcz




Wysłany: 2016-11-15, 23:32   
   Multikonta: John, Nathan
[Cytuj]

Wzruszyła ramionami. -Nigdy nie byłam dobra w wymyślaniu imion i ksywek. - Stwierdziła po chwili. -Zresztą Bombek brzmi słodko. - Uśmiechnęła się lekko. Rzeczywiście, była w dużo lepszym humorze. Choć i ją dotykały złe przeczucia, to starała się je odrzucić. Była w złym stanie psychicznym, i możliwe, że jeśli zaczęłaby się zbytnio przejmować, znów skończyłaby w dołku. Nie mogła sobie na to pozwolić.
Spojrzała na Summer i szybko się z nią zgodziła. Wiedziała jednak, że Abs się tak łatwo nie zatrzyma. Od dawana domyślała się, że niebieska nie jest do końca wierna Lidze. Że w rzeczywistości jej dom jest gdzie indziej. Oczywiście, nie wiedziała o planach zniszczenia tego miejsca, ale już na pustyni, w momencie w którym Abs przekazała jej zwoje myśli, Alice całkowicie pozbyła się wątpliwości. Ona była szczęśliwa z tego powodu. Że Liga się rozpadła, że będzie mogła wrócić do domu. I nie wyglądało na to, że po tylu dniach chciałaby czekać choćby minutę dłużej.
Kierowana złymi przeczuciami szybko zdecydowała, że musi iść z nią. -Zostaniecie na czatach. Summer, twoje wyczulone zmysły będą idealne do tego zadania. Ostrzeż nas jak tylko coś się zacznie dziać. Marc, w razie potrzeby masz ją chronić. - Jej ton głosu mówił sam za siebie - Alice wiedziała o stosunku dziewczyn do zielonej, ale póki co musiały sobie ufać. A Summer była im potrzebna. -Jest teraz jedną z nas. I słuchaj jej poleceń. Ja pójdę z Abs, jeśli będzie bezpiecznie wrócimy po was. Jeśli długo nie będziemy wracać to znaczy, że wpadłyśmy w pułapkę. Wtedy nas nie szukajcie. Jeśli ktoś zdołałby unieruchomić i mnie i Abs to z pewnością ma biały szum. Nie ma potrzeby byśmy wszystkie cztery skończyły w obozie. - Stwierdziła i przyspieszyła by dogonić niebieską. Oczywiście, w duchu błagała by wszystko było w porządku. Nie chciała tracić więcej przyjaciółek. Kiedy tamta zaczęła biec, to i Alice ruszyła w pogoń. Teren coraz mniej się jej podobał, i zaczęła sobie uświadamiać co może być przyczyną. Kiedy tylko to zrozumiała zebrała w sobie wszystkie siły by przyspieszyć. Miała nadzieję, że tym razem nie ma racji. Że się myli. Ale jednak jeśli to rzeczywiście było to o czym myślała, to musiała dobiec do dziewczyny najszybciej jak to możliwe.
_________________
Myśli Słowa Telepatia Czyny.

Wszystkie posty zaczynające się od
MG
są pisane jako MG.
 
 
Abigail Cain
just a teenage dirtbag


dwudziestka

baby blue




Wysłany: 2016-11-18, 16:35   
   Multikonta: Sierra
[Cytuj]

Prując do przodu zaczęła żałować, że kazała dziewczynom się nie zatrzymywać. Mogły wprawdzie zignorować jej polecenie, w końcu nie była żadnym szefem i w ich kółeczku raczej panowała demokracja, ale nie, jednak pobiegły za nią. Wyraźnie słyszała ich kroki i przyspieszyła jeszcze bardziej. Nie chciała... nie była pewna, co mogło się za chwilę wydarzyć. Wiedziała za to, że jeśli coś pójdzie nie tak, nie chce mieć ich przy swoim boku. A najlepiej w ogóle w obrębie paru kilometrów.
W którymś momencie musiała nieświadomie skorzystać z teleportacji, bo wszystko dookoła natychmiastowo ucichło. No i zatrzymała się, jakby wpadła na niewidzialną ścianę, zgięła w pół i desperacko próbowała złapać oddech. Nie korzystała w ten sposób ze swojej mocy już od dawna, nie dziwota, że teraz wypruwała sobie żyły. Uniosła głowę, czując, że łapanie powietrza powoli przestawało być wysiłkiem wagi ciężkiej. Znała to miejsce, dzieliło ją kilkanaście kroków od obozu. I gdy tylko słowo na "o" pojawiło się w jej główce, jakby na zawołanie serce zaczęło bić jak szalone. Nie było innego sposobu uspokojenia go, niż udanie się na przód, do domu. Jednak im dalej w las, tym gorzej. Nie potrafiła zignorować sporych ilości popiołu, leżących wszędzie dookoła. Widziała to nawet, gdy zamknęła oczy, ale jedyne o czym potrafiła teraz myśleć, to o głupim Silent Hillu i głupich psocących dzieciakach. Szła w stronę obozu, ale coraz wolniej, chcąc i nie chcąc jednocześnie. Jeszcze chwila...
Patrzyła, ale nie widziała. Nie mogła. To nie było OWD. To był tylko okrutny żart. Ktoś sobie z nią pogrywał. To nie... tylko iluzja. Wytwór jej wyczerpanego ostatnimi dniami umysłu. Uszczypnie się i wybudzi z tego koszmaru. Taktaktak.
Ból nie pomógł. Mrugała zawzięcie, ale obraz się nie zmieniał. Wszędzie tylko zgliszcza i popiół, cicho i pusto jak w grobie. Pustka - nie słyszała już nawet bicia swojego serca. Zamarło w oczekiwaniu na szczęśliwe rozwiązanie sytuacji z góry skazane na porażkę.
Tak ciężko harowała, przeżyła mimo wszelkich przeciwności losu i kolejnych kłód zsyłanych jej pod nogi, i po co, na co. Czemu? Nie zasłużyła sobie na to. Wszystkie jej działania były kierowane dobrem obozu i jego mieszkańców. Ale ich już nie było, niczego, żadnego sensu. Zbrakło światełka w tunelu, wszystko obróciło się w pył. Szkoda, że nie ona.
Chyba stała, może siedziała, nie wiedziała, czuła się jakby obca we własnym ciele. Chciała płakać, ale oczy miała nadzwyczajnie suche. Mogła pewnie wyglądać jak Alice niedawno, pusta skorupa. Ale z każdą kolejną chwilą coś się w niej zmieniało. Zaczynała czuć. I to wszystko na raz, gwałtownie. Nigdy wcześniej nie była tak wściekła, bezradna i sfrustrowana jednocześnie, jak dzikie zwierze. Rozum nie miał już nic do gadania. Kompletne zezwierzęcenie.
Popiół zaczął się unosić wokół niej i wirować jak małe tornado, osiągające coraz większe rozmiary. Odwróciła się w stronę najbliżej rosnącego drzewa i uderzyła w nie pięściami, raz, drugi, trzeci i setny, a gdy ręce przybrały czerwony kolor, zaczęła kopać. Nie wiedziała, ile czasu upłynęło, czy była sama, czy nie. Pobliskie drzewa zaczęły bujać się w jedną i drugą stronę, widziała to kątem oka, a może tylko sobie wyobrażała. W końcu opadła na ziemię, oparta plecami o swój drewniany worek treningowy, zamknęła oczy i zatkała uszy. Mimo to usłyszała dziwny dźwięk, przypominający zarzynane zwierze - nie zrozumiała, że wydostał się on z jej gardła.
Umarła tam wtedy. A przynajmniej ta jej lepsza część. Została tylko wściekłość buchająca z jej ciała i gorączkowe myśli, które można by streścić w jednym słowie: "zniszczyć". Rząd, prezydenta, wszystko i wszystkich. Chciała zabić tak, jak nigdy wcześniej. Bieda temu, kto teraz znajdzie się w zasięgu jej rąk.. czy wzroku.
_________________

carry on
there'll be peace when you are done

 
 
Alice Young
Boss SB, czy coś.


21

Pomarańcz




Wysłany: 2016-11-18, 23:49   
   Multikonta: John, Nathan
[Cytuj]

Była za wolna. To jasne, że była za wolna. Być może Abs użyła teleportacji by przyspieszyć... Ale to nie miało już znaczenia. Biegła najszybciej jak potrafiła, ale niebieska była szybsza. Dużo szybsza. I kiedy Alice stanęła w pobliżu, by zobaczyć spalony teren, miejsce które kiedyś Abs nazywała domem... Kiedy zobaczyła jej oczy, kiedy zobaczyła jak zaczyna uderzać w drzewo...
Łzy napłynęły jej do oczu. -Abs... - Szepnęła tylko. Jak miała ją do cholery pocieszyć? Sama też nie tak dawno straciła dom. Miejsce które kochała z całego serca. Dobrze znała to uczucie. A mimo to nie wiedziała co powiedzieć. Nie... Ona wiedziała, że nic co powie nie sprawi, że jej przyjaciółka poczuje się lepiej.
Ta bezsilność ją przytłaczała. Po raz kolejny i kolejny świat pokazywał jej, że nic nie może. Nie może uratować wszystkich. Żeby uratować przyjaciółki, poświęciła wszystko co miała. Żeby uratować przyjaciółki zniszczyła swoje marzenia. Ale mimo to, że tyle zrobiła, to i tak straciła Rose i Bambi. A teraz... A teraz musiała patrzeć na rozpacz kolejnej przyjaciółki. Usłyszała jej krzyk, ale nie mogła zmusić ciała do wykonania kroku do przodu. Coś głęboko wewnątrz niej nie pozwalało jej podejść. Strach? Podświadomie wiedziała, że podchodzenie do niebieskiej w takim stanie może się skończyć tragicznie.
Więc co? Miała tak stać? Patrzeć na jej rozpacz? Patrzeć na jej łzy? Słyszeć jej krzyk? Dlaczego? Dlaczego była tak słaba? Dlaczego nie mogła nic zrobić?
Chciała się ruszyć. Chciała do niej podbiec, chciała ją przytulić. Chciała... Przejąć jej ból. Choćby część, jeśli to miałoby jej pomóc.
Ale nie mogła. Nie mogła wykonać kroku do przodu. Dlaczego? Czy bała się śmierci? Jak w tej sytuacji coś tak głupiego mogło zaprzątać jej myśli?
-ABS! - Krzyk? Ale nie taki zwyczajny. Krzyk w jej głowie. No właśnie, w końcu Alice mogła przekazywać wiadomość prosto do jej głowy, prawda? Ale co mogła powiedzieć? Czy istniały na tym świcie słowa w jakimkolwiek języku, które mogłyby ją teraz pocieszyć?
Nie mogła. Nie mogła tak po prostu stać i patrzeć na jej rozpacz. Nawet jeśli miała oberwać, Abs potrzebowała teraz bliskości. Potrzebowała wiedzieć, że jest ktoś, kto o nią dba. -Jestem przy tobie! Jestem twoją cholerną przyjaciółką! - Zmusiła się do zrobienia pierwszego kroku. Ten był najtrudniejszy. Serce biło jej jak oszalałe. Dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, że nie chce umierać. Że chce żyć. Jednak nie mogła żyć w ten sposób. Jeśli nie potrafiła przytulić swojej przyjaciółki, kiedy ta była w potrzebie, to czy mogłaby tą śmieszną egzystencję nazwać życiem? -Chodź tu do cholery! Nie duś tego w sobie! Płacz i krzycz! Obie straciłyśmy swój cholerny dom! Obie straciłyśmy przyjaciół i bliskich! Ale cały czas mamy siebie! Wiem co czujesz... Więc pozwól mi... Pozwól mi pomóc! - Kolejny krok był już łatwiejszy. Następny postawiła z rozpędu. Kolejnych dwóch nawet nie zauważyła. Wciąż była daleko, daleko od swojej przyjaciółki. Wciąż nie była w stanie jej dosięgnąć. Te kilka metrów zdawało się być większym dystansem niż jakikolwiek przedtem. Ciągnąca się kilometrami pustynia nie umywała się do drogi, którą musiała przebyć by znaleźć się przy przyjaciółce. Ale szła. Powoli stawiała kolejne kroki, ignorując cały swój strach. Ignorując umysł który twierdził, że to cholerna głupota. Jaka znów głupota?! To była jej przyjaciółka! Jej przyjaciółka cierpiała! Jak mogłaby w ogóle spojrzeć w lustro, jeśli w takim momencie, z powodu głupiego strachu zwyczajnie by uciekła? -Chodź tu do cholery... I pozwól się przytulić! ABS! - Ostatnie słowo wyrwało się z jej ust, nie zważając na takie głupoty jak bezpieczeństwo. Miała to gdzieś. Teraz jedynym co liczyło się na świecie była Abs. Tylko ona.
_________________
Myśli Słowa Telepatia Czyny.

Wszystkie posty zaczynające się od
MG
są pisane jako MG.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  


Forum zostało otwarte 2016-15-08. Właścicielką kodu wysuwanego elementu z boku jest corazon. Autorem systemu zakładek jest Noritoshi.
Strona wygenerowana w 0,111 sekundy. Zapytań do SQL: 11