Image Map
Bieżące poszukiwania:
- Kira Krios szuka swojej dawnej drużyny z Ligi Dzieci, postacie muszą należeć do grupy Syndykat.
- Shirei Shinoda szuka chętnych graczy do zarządu Syndykatu, którzy mogliby mieć z nim powiązania.
- Lounarie de Coudray szuka chętnych graczy do relacji między postaciami.
- Scarlett Kersey szuka sobie dziewczyny. Grupa to Syndykat.
- Silas Yuriev poszukuje swojej drugiej, męskiej połówki.
-Ceridwen Murray Poszukuje 1 osoby do byłego oddziału 7 z ligi dzieci.
-Gabriel O'Donnell Poszukuje brata/siostry.
-Summer Dawson Poszukuje relacji dla swoich postaci. Zapraszamy członków Syndykatu po zgłoszenia. W miarę chętnych będą dodawane. Więcej tutaj: LINK
Członkowie Pryzmatu nadal mogą brać udział w szkoleniu w CIA. Aby je ukończyć, musicie przystąpić do dwóch różnych zadań. Więcej tutaj

Wszyscy: Nikt nie wie skąd Psionicy wzięli się na świecie i raczej nikogo na tym poziomie to specjalnie nie obchodzi. Wszyscy byli na jednym etapie - zrozumieli, że są równymi wobec siebie potworami, a drążenie tego, czy ktoś zesłał na nich ten omen czy jest to tylko zrządzenie losu jest bezsensowne. Byli tacy sami i jedyne czym się różnili to typ umiejętności. Ale to było nieważne, bo w każdym przypadku, każdy kolor identycznie rujnował swoje normalne dotychczas życie. Każdy musiał się przyzwyczaić do tego, że wszystko było inne, że dysponowali czymś, co jednocześnie było darem jak i utrapieniem. No ale przede wszystkim wielką odpowiedzialnością. Myśleli, że chociaż wiedzą minimalnie na czym stoją. Minęło przecież siedem lat, wiedzieli na co mogą sobie pozwolić a na co nie. Jednak coś, co cały czas się zmienia nie daje większych szans na jakąkolwiek stabilność. Co, jak w pewnym momencie zmutują tak, że wybiją się wzajemnie? Nikt nie ma na to pewności, jednak jedno jest pewne - utracili kontrolę. I wirus zaczyna poważnie mutować po raz pierwszy.

Pandemonium: Bal okazał się być krwawą imprezą, na której nie zabrakło specjalnych pokazów i śmierci kilkorga z członków. Szefowa przybytku zorganizowała bal, aby pokazać Psionikom, że normalne życie jest na wyciągnięcie ręki. Wspaniałe suknie, drogie garnitury, alkohol i jedzenie. To wszystko miało być swoistą obietnicą, że tak będzie wyglądać ich życie, kiedy tylko dojdą do władzy. Nic nie wskazywało na to, aby impreza miała zakończyć się nagłym upadkiem Pandemonium. Niektórzy jednak nie byli po stronie Leliel, jedynie dobrze grając jej sojuszników. Podczas gdy kobieta uwolniła z piwnic hybrydy, aby ponownie sprawdzić oddanie swoich podwładnych, w ścianach budynku zostały umieszczone ładunki wybuchowe. Ewakuowano wszystkich PSI do autobusu na tyły budynku. Pozostało dwadzieścia minut do samego wybuchu, a żadne nie wiedziało dlaczego właściwie wyjeżdżają. Do czasu...
Jeden z członków Pandemonium, powracając z misji został zaatakowany przez grupę zwiadowczą innej grupy. Czy to zwiastuje krwawy koniec PSI?
Podczas trwania balu Liam Carpenter nie był jedyną ofiarą. Zginęła również córka prezydenta, która przecież mogła być cenną zdobyczą w rękach tych, którzy chcieliby rozwalić rząd. Joyce Foley stracił dłoń, ale nawet to nie powstrzymało go przed zadaniem ostatecznego ciosu w samo serce organizacji. Leliel pokazała być może zbyt dużo i przypłaciła za swoje błędy własnym życiem.
Teraz jedynym ratunkiem okazał się być autobus pełen pijanych PSI, który zmierza… Właściwie donikąd.


Pryzmat: Harry Donavan nadal sprawuję władze w Pryzmacie, Henry zaś jest jego zastępcą. W wyniku tego, wielu Psioników zostało wysłanych na obowiązkowe szkolenia w CIA, w celu zwiększenia ich produktywności dla kraju. Niektórzy z nich nie pojechali tam z własnej woli, ale surowe, rygorystyczne zasady są najlepsze do uzyskania pożądanych efektów. Wszyscy mają nadzieję, że w późniejszym czasie staną się oni młodymi agentami, przyszłością tego kraju. A plany te sięgają bardzo daleko - począwszy od stworzenia specjalnej, elitarnej jednostki wojskowej, aż do wysłania siatki szpiegów CIA do innego kraju. Wielu agentów będzie również musiało zostać w Pryzmacie i tam pomóc w podjęciu kolejnych kroków. - Wy, którzy tutaj stoicie. Daliście mi szansę. Obiecuję, że nie zostanie ona zmarnowana - mówi Judith Donavan. Mimo iż kraj jest w kompletnej ruinie, to jakiekolwiek zasady polityczne muszą w nim panować. Wreszcie wejdzie ktoś nowy na miejsce prezydenta Graya i spróbuję poukładać rozsypane przez niego puzzle. Nie było tutaj miejsca na demokratyczne głosowanie, ponieważ nie było innych kandydatów. Gray z niechęcią oddał swoje przywileje, jednak skoro tego wymagało prawo, to ciężko było spodziewać się od niego czegoś innego. Zmiana we władzy jednak została przyspieszona przez parlament po tym, jak usłyszano postulaty Judith Gray. - Nie pozwolę, aby Psionicy żyli w strachu - stwierdziła młoda pani prezydent na jednej z debat, które były puszczane w telewizji jak i na terenie całego Pryzmatu, a nawet w kompleksie akademii CIA. I zrobiła to - skoro obiecała. Obozy, które zostały zbudowane przez prezydenta Graya opustoszały już całkowicie. Mimo swoich dawnych obietnic, mężczyzna pozostawił jeszcze kilka działających obozów. A pani Donavan postanowiła wywlec je na światło dzienne. Wszystkie dzieci z nich, zostaną przeniesione do organizacji zwanej jako Pryzmat, której skala zostanie znacznie powiększona. - Nie wiemy jak mamy dziękować setkom Psioników, którzy zdecydowali się wstąpić w szeregi CIA. Gdy tylko ich służba dobiegnie końca, a zadanie które zostały im przydzielone skończą się, pozwolę im szczęśliwie wrócić do Pryzmatu, gdzie jest ich prawdziwy dom - obiecuje nowa pani Prezydent. - Niech Pryzmat będzie prawdziwą społecznością, gdzie liczą się takie wartości jak szacunek czy lojalność. Od dziś każdy, kto tylko wyrazi chęć udziału w tej społeczności będzie do niej dopuszczony. Musimy przestać izolować się od dzieci, które naprawdę potrzebują naszej pomocy. Nie możemy zostawiać ich na pastwę losu, takie osoby później wybierają drogę przestępczą, co prowadzi do zamieszek i kradzieży. Nie pozwolimy na to! - dodała na kolejnej, innej debacie. - Z tego względu dojdzie do rozbicia organizacji przestępczej, identyfikującej się jako “Łowcy”. Nie będzie już dochodziło do bezpodstawnych aresztowań dzieci, a następnie sprzedaży ich. Członkowie grupy zostaną uniewinnieni za współpracę z moim poprzednikiem, jednakże będą pod stałą kontrolą organów policyjnych, a Psionicy znajdujący się w ich szeregach - przeniesieni do Pryzmatu i wcieleni do armii. Nie będziemy łapać psioników, którzy wolą żyć na wolności. Do kraju wkroczy jednak więcej Sił Specjalnych Psi, którzy będą kontrolowali ich życia, by wiedzieć, czy nie zagrażają bezpieczeństwu obywateli. Owa jednostka nie będzie jednak kojarzona z bólem i cierpieniem. Pod wezwaniem nowego generała, Christophera Flynna, przeobrażą się w żołnierzy, którzy przede wszystkim będą nieśli pokój!- mówi nowa pani prezydent. W pewną grudniową noc do siedziby łowców została wysłana grupa z Pryzmatu. W jej skład wchodził agent specjalny Calum Hedger, jednostka wojskowa połączona z kilkoma agentami CIA jak i oddział składający się z Psionków - Valerie Cadle, Sahir Nailah i Lux Bloomfield. Walka była wyrównana przez większą część czasu, jednak były agent Ligi Dzieci, Sahir Nailah o zdolnościach określanych jako Czerwone, dokonał podpalenia całego kompleksu. Niektórzy z Łowców uratowali się, jednak wielu z nich zginęło w gruzach budynku. Mimo iż Pryzmat proponował im pokojowe rozwiązanie, to zdecydowali się oni na walkę. - Obywatele. Dzisiejszego dnia muszę poinformować was o przykrej sytuacji. Wczoraj w nocy doszło do... Rozbicia grupy przestępczej sygnującej się nazwą "Łowcy". Podczas akcji, nasz kraj poniósł wiele strat. Straciliśmy wielu żołnierzy, którzy oddali życie za bezpieczeństwo i lepszy świat dla Psioników - mówi Judith Gray. Ponadto zdeklarowała się, że umożliwi każdemu agentowi, który nie chce podjąć się służby, szansę na wycofanie. Jednak wciąż namawia do walki o kraj i prawa Psioników. - Ktoś musi zbudować lepszy świat. Wierzę, że będziemy to my - dodaje.

Obecnie mamy luty 2023r.
Odczuwalna temperatura to -19°C, pada śnieg i jest straszny mróz.
Każdy, kto podrzuci komuś z administracji na PW/GG link z odegraniem mutacji czy odkryciem nowych zdolności, otrzyma dodatkowy jeden punkt. Za ciekawsze odegrania (bardziej wpływające na otoczenie, inne postacie) zostaniecie nagrodzeni dwoma punktami. więcej informacji tutaj
Dodaliśmy system notatek! Zachęcamy każdego do stworzenia swojego tematu! Tutaj link!

- Zapraszamy do zabawy w anonimowe wyznania. LINK TUTAJ


Poprzedni temat «» Następny temat
Jaskółka.
Autor Wiadomość
Shirei Shinoda
Be like snow: beautiful but cold.


21

Pomarańcz




syndykat-male http://i.imgur.com/WXYGpT9.png

Wysłany: 2017-01-06, 00:59   Jaskółka.
   Multikonta: Sahcio, Lampka
[Cytuj]

Kto: Ceridwen Murray i Shirei Shinoda
Czas: 29.11.2022r.
Miejsce: Michigan



Blask porannego słońca przesuwał się po wdzięcznie wygiętym długim ostrzu - ostrze to cięło promienie słońca na pół w tańcu gładkim i lekkim, śpiewając smętną pieśń czasów dawno przeminionych, których nie dało się już pochwycić w dłonie, o których niektórzy śpiewali pieśni, inni czytali książki, rzekomo prawdziwe, wcale nie przekłamane, chociaż wszyscy dobrze wiedzieli, że Zwycięzców nikt nie pyta, czy mówili prawdę. Tak właśnie budowana była historia, głoszona ustami tych, którzy przetrwali, przybyli i zwyciężyli, nie musząc już odchodzić, przecież przegonili z rodzimych terenów swoich wrogów, czy inaczej było z Syndykatem? - jakże Azjatycką w swoich korzeniach organizację, w której Japończyków nie było niemal wcale - jeden Kenji i sam Shirei, jedni z tych pierwszych postawionych tutaj, by wybudować coś... nie, nie by budować - by burzyć. Ostrza takie jak to miały przecinać nie tylko powietrze, w którym widoczne były gołym okiem tańcząc drobinki kurzu w tej pustej sali ćwiczeń, której okna były częściowo zasłonięte, dlatego tylko pojedyncze promienie dostawały się do środka - one miały przecianać rzeczywistość i zmuszać kolejne dusze do pokłonu, strącając karki tych, którzy ugiąć się nie chcieli - zwykły, fizyczny pokłon nie wystarczył, nie satysfakcjonował - nie po to każda przybyła osoba miała penetrowane najdalsze zakątki duszy, żeby potem zadowalać się drobnymi formalnościami co do savoir vivre. Ten taniec musiał pochłaniać bez reszty i upuszczać jak najwięcej kropli szkarłatu na glebę, wyżynając z żył wrogów ostatnie kropelki, wyciągając każdy gra szpiku kostnego - oto jest ziemia, którą "Amerykanie" nazywali "rodzimą", chociaż ona nigdy do nich nie należała. Cokolwiek miało się tutaj wydarzyć, Shinoda miał być tego nie tylko świadkiem, ale niósł za te wydarzenia odpowiedzialność - porażka nie wchodziła w grę, bo stawką nie był nieudany występ - w tym tańcu stawką było życie albo śmierć, a chociaż ta ostatnia godna była wyczekiwania, przyjmowana z dumą, to nie było do niej Japończykowi aż tak śpieszno, by wyciągać po nią ochoczo dłonie. Życie było wygraną samą w sobie, dlatego wszyscy tak bardzo chcieli żyć.
Dwa kolejne, płynne machnięcia i katana wylądowała w pochwie trzymanej przez lewą dłoń czarnowłosego. Trening zawsze pomagał, pozwalał się uspokoić, był swoistą medytacją przed każdym początkiem dnia, poza tym był konieczną, by otrzeźwieć po każdej nocy , która zaś pozwalała na trzeźwienie po każdym dniu - w tym zamkniętym kręgu drzemała harmonia, której Shirei nie zamierzał pozwolić komukolwiek naruszyć, jego rytm, który pozwalał mu codziennie tak samo stawać przed każdą następną osobą i zachowywać zawsze ten sam, stoicki spokój, trzeźwość myśli była w końcu najważniejsza, zwłaszcza dla kogoś, kto mógł się "poszczycić" (klątwą) barwą Pomarańczową na wykazie kolorów PSI.
Czarnowłosy wyszedł z sali treningowej, przebrał się i wziął prysznic - katana wysiała wciąż u jego boku, kiedy przemierzał bezszelestnym krokiem puste korytarze bazy Syndykatu, wsłuchując się w tą ciszę, kontemplując ją - rzadko kiedy w środku można było spotkać przypadkiem więcej osób, wszyscy byli zajęci swoimi sprawami, swoimi misjami, ale to dobrze - główna historia, którą tym razem to oni, Syndykat, mieli zapisać, nie miała toczyć się w tych pokojach, a miała być spisana krwią w ziemi Stanów Zjednoczonych - będziemy upuszczać im siły, kawałek po kawałku i na koniec zobaczymy, co z nich zostanie... całkowicie cierpliwie. Zupełnie powoli. Inaczej, niż USA zdecydowało się zadziałać podczas II Wojny Światowej.
Zatrzymał się przy jednym z okien, jego wzrok przyciągnął widok zawsze tak samo magiczny i melancholijny - moment, w którym słońce zakrywał ciężkie, szare chmury i nagle cały świat wydawał się zamykać w milczeniu i cieniach.
_________________
Siedzę teraz sam w ogrodzie
Wśród umarłych kwiatów
Trefne karty rozdał los,
Więc przegrałem partię z nim
A życie toczyło się dalej.
 
 
Ceridwen Murray


21 lat

Ceridwen




syndykat-female http://i.imgur.com/WXYGpT9.png

Wysłany: 2017-01-06, 02:13   
   Multikonta: Lounarie; Annabeth; Mistrz Gry
[Cytuj]

Światło wpadało przez lekko uchylone zasłony do pokoju Ceri, padając na jej twarz. Lekko się skrzywiła, po czym otworzyła zielonkawo-niebieskie oczy. Przez chwilę nie wiedziała gdzie się znajduje, a potem zalały ją wspomnienia. Przez jedną, krótką chwilę chciała znajdować się zupełnie gdzie indziej, ale to nie było możliwe. Nawet nie będzie próbować uciekać, zdążyła już na przykładzie kogoś innego zobaczyć, co się dzieje z takimi osobami. Zwlekła się z łóżka i podeszła do okna. Zamaszystym ruchem odsłoniła okno i spojrzała na zewnątrz. Zachmurzone niebo przecięło stado ptaków. Odwróciła się od okna i poszła rozciągnąć na środku jej pokoju. Poranna rutyna wyniesiona z ligi znowu dawała o sobie znać. Po rozciągnięciu się zaczęła powtarzać katę. Nie zważała na ból w ranach ze skaryfikacji i z cięć na dłoni. Musiała oczyścić swój umysł, a ćwiczenie było dla niej najlepszym sposobem na to. Nie mogła myśleć o tym, że zniknęła z bunkru Yurievów bez słowa. Miała tylko iść na spacer, a skończyła tutaj. Ćwiczyła płynnie wykonując szybkie ruchy, co jakiś czas krzycząc bezgłośnie, żeby nikomu nie przeszkadzać swoimi ćwiczeniami. Nie chciała zwracać na siebie zbytniej uwagi, tym bardziej, że nie powinna ćwiczyć, kiedy miała rany. Ją to jednak nic nie obchodziło. Skończyła stając w pozycji wyjściowej akurat w prostokącie światła wpadającego przez okno. Odetchnęła z zamkniętymi oczami raz, drugi, trzeci... i rozluźniła się. Otwierając oczy spojrzała beznamiętnie na świat i zabierając jeden z czystych mundurów poszła pod prysznic.
Mokre włosy spływały jej w luźnych lokach na plecy, bandaż na lewej ręce został zmieniony na świeży, tak samo jak opatrunek na wyciętym w jej skórze symbolu Syndykatu. Cichy, ledwo słyszalny odgłos kroków odbijał się delikatnie od ścian, zakłócając wręcz piszczącą w uszach ciszę. Szła, sama nawet nie wiedziała dokąd. Nie miała co robić, do tego była tu stosunkowo od niedawna, to i nie znała większości korytarzy. Błądziła po nich bez celu, patrząc z ledwo widoczną w jej oczach melancholią na okna. Nawet nie zauważyła, kiedy trafiła na ten sam korytarz, co Shirei, jednak nie zauważyła go. Skupiła się na jaskółkach, które akurat kołowały za oknem w słońcu, które zaraz zostało skryte za którąś z chmur.
_________________

Jaskółka siostra burzy, żałoba fruwająca
Ponad głowami ludzi, w których się troska błąka
Jaskółka znak podniebny jak symbol nieuchwytna
Jaskółka błyskawica w kościele obumarłym
NOTATNIK
RELACJE
GŁOS
UBIÓR

 
 
Shirei Shinoda
Be like snow: beautiful but cold.


21

Pomarańcz




syndykat-male http://i.imgur.com/WXYGpT9.png

Wysłany: 2017-01-06, 13:43   
   Multikonta: Sahcio, Lampka
[Cytuj]

Magiczny widok, przyznasz to, Ceri? Jaskółki przeplatające się w swym locie, zgrabne niczym sama Panienka Wiosna, którą miały zwiastować, a które tym razem śpiewały o mroźnej zimie, która opaść miała na Stany - mróz miał pochłonąć serca, doprowadzić palce do odrętwienia, zmusić do wycofania się i zamknięcia w bezpiecznej kryjówce, by powietrze nie mogło mocniej kąsać, aniżeli już kąsało - co więc te Siostry Burzy tutaj robiły? Pewnie to samo, co robiła tutaj sama Ceridwen - po prostu były, przygnane wirowaniem Losu pod mury starej posiadłości w Michigan otoczonej pilnymi strażnikami gotowymi interweniować w każdym momencie pojawienia się kogoś niepowołanego w zasięgu ich wzroku. Wolność, która tkwiła w ich białych piersiach, zależna była od tych podmuchów, względna tak samo, jak względna była ona dla każdego człowieka, bo gdyby chcieć sięgnąć po prawdziwą jej formę, trzeba by się było wyrzec wszystkiego i stać pustką, która nie pożąda, nie pragnie, nie marzy i nie jest zależna od praw czy reguł - oto Wolność, taka pożądana przez ludzkość Panienka, która bardziej nadaje się na bycie kurtyzaną, co sprzedaje swe dobrocie za parę monet na jedną noc, a potem ulatnia się, pozostawiając po sobie tylko dobre wspomnienie, tak jak wspomnienie pozostanie po tych jaskółkach... i tylko po nich. Ceridwen została przecież już złapana pod dach tej rezydencji, nigdy zresztą nie zdołała wyhodować skrzydeł - co za smutny los, być stworzonym, urodzonym do lotów, a zostać przykutym siłą ludzkiej ręki do kamiennych podłóg materialnego świata. Świata mordu i przelewania krwi.
Była zdecydowanie o wiele ciekawszym obiektem do obserwacji niż prawdziwe ptaki tańczące w cieniach schowanego za chmurami słońca.
- Czyżby jakaś tęsknota targała panienki sercem? - Nie wiem, ile czasu oboje tak stali - ona zapatrzona prosto w oczy wdzięczącej się Matki Natury i on zapatrzony w jej sylwetkę, pozwalając czasu płynąć, ciszy trwać i zastojowi gościć między nimi, w końcu nie było w tym niczego niepoprawnego, zwłaszcza, gdy pewne blizny wciąż były świeże, z wolna zastygając na kobiecej skórze.
_________________
Siedzę teraz sam w ogrodzie
Wśród umarłych kwiatów
Trefne karty rozdał los,
Więc przegrałem partię z nim
A życie toczyło się dalej.
 
 
Ceridwen Murray


21 lat

Ceridwen




syndykat-female http://i.imgur.com/WXYGpT9.png

Wysłany: 2017-01-10, 01:51   
   Multikonta: Lounarie; Annabeth; Mistrz Gry
[Cytuj]

Wpatrywała się w jaskółki jak zahipnotyzowana. Nawet nie wiedziała ile czasu minęło, ale kto by go liczył, kiedy nie ma co robić? Obserwowała wirujące pod chmurami znaki wolności. Kotwica smutku spadła na nią, kiedy widziała te swobodne swawole. Te jaskółki powinny już dawno odlecieć, a jednak dalej przebywały w tym miejscu, jakby chciały ją pocieszyć samym ich widokiem. Tęskniła za tym krótkim czasem między rozpadem ligi, a złapaniem jej przez syndykat. Wtedy, przez chwilę myślała, że już nic nie może pójść źle, ale jednak coś poszło nie tak. Jak zwykle władowała się w jakieś kłopoty i trafiła gdzieś, gdzie czuła się jak w klatce zamkniętej na wszystkie spusty. Pragnienie wolności było u niej wciąż świeże, nić więc dziwnego, że jaskółki skradły jej uwagę na długi czas. Napawała się ich tańcem na wietrze, póki miała taką możliwość. Jakoś koiło to trochę jej duszę, która najchętniej wyrwałaby się i pognała w zupełnie inne miejsce, tyle że w rzeczywistości nie mogła tego zrobić. Czasami chciała być pomarańczowa i móc wchodzić w sny innych. Mogła by wtedy bez przeszkód skoczyć chociaż w śnie tam, gdzie chciała być. Niestety była elekrtokinetyczką i nie dane było jej skakanie w snach do innych. Wyrwana z zamyślenia, zaraz wróciła do chłodnej obojętności goszczącej na jej twarzy. Przeniosła wzrok z widoku za oknem na Shirei.
- Aż tak było to widać? - Zapytała głownie, żeby podtrzymać rozmowę. Bo przecież wiedziała, że Shirei mógł równie dobrze po prostu wejść w jej głowę i prześledzić tok jej myśli. Nawet nie miała mu tego za złe, w końcu była na okresie próbnym, ktoś musiał ją sprawdzać, a kto by się do tego lepiej nadawał, jak nie pomarańczowy, mogący swobodnie wnikać do jej umysłu?
_________________

Jaskółka siostra burzy, żałoba fruwająca
Ponad głowami ludzi, w których się troska błąka
Jaskółka znak podniebny jak symbol nieuchwytna
Jaskółka błyskawica w kościele obumarłym
NOTATNIK
RELACJE
GŁOS
UBIÓR

 
 
Shirei Shinoda
Be like snow: beautiful but cold.


21

Pomarańcz




syndykat-male http://i.imgur.com/WXYGpT9.png

Wysłany: 2017-01-11, 23:40   
   Multikonta: Sahcio, Lampka
[Cytuj]

Rzeczywiście, to takie proste dla Pomarańczowych - niemal w każdym momencie mogli wkraść się do myśli innych i szperać tam ile tylko chcieli - można się było im opierać, próbować ich wyprzeć ze swojego umysłu, ale dopóki nie było się wytrenowanym Zielonym, było to wręcz niemożliwe... przynajmniej kiedy miało się do czynienia z Pomarańczowym, który wiedział, co robi, a nie z dzieciakiem, który kompletnie nad swoimi zdolnościami nie panował. Mógł więc wejść w jej umysł, odpowiedzieć sobie na pytane, które zadał na głos, nigdy go nie wypowiadając, usuwając się z miejsca, w którym stał, bez nawiązywania jakiejkolwiek rozmowy, z tym że Shirei lubił rozmawiać. Lubił komunikować się z ludźmi, poznawać ich mimo tego, że przeczytał właściwie każdego w tym ponurym miejscu, które nigdy nie miało być nazywane "domem", miało być po prostu tymczasową bazą, przywiązaniem wściekłych psów wojny do budy, które się wypuszczało na żer ze smyczy, jeśli było to konieczne, kiedy miały kogoś rozszarpać własnymi kłami. To, co ktoś myślał o tym miejscu, było jednak zawsze... indywidualne - tyle osób i tyle myśli, tyle zdań na ten temat, o dziwo nie wszystkie widziały Syndykat w aż tak ciemnych barwach, może więc nie było tutaj aż tak źle..? Zdecydowanie lubił też niewieście towarzystwo głównie dlatego, że większość kobiet wydawała mu się bardziej bogata wewnętrznie niż mężczyźni, zresztą zawsze fascynującym był fakt, że te istnienia nigdy do końca nie rozumiały nawet samych siebie w swojej naturze, ale jeden był fakt: w kłótniach to kobieta zawsze musiała mieć racje. To myślenie było abstrakcyjne dla Japończyka - osoby urodzonej w kraju, w którym kobieta musiała być całkowicie posłuszna swojemu mężczyźnie i nie miała prawa głosu - to się zmieniało wraz z napływem kultury Zachodu, teraz kobiety nawet miały szansę na karierę, ale nadal nie było to jakoś bardzo popularne i nie spoglądano na to zbyt przychylnie.
- W smutnych oczach odbicia jaskółek mogą być tylko tęsknotą. - Nie była to odpowiedź wprost, ale nie było to też całkowite uniknięcie jakiejkolwiek odpowiedzi, potwierdził jej słowa w gruncie rzeczy, tylko potwierdził je słowami ładniejszymi niż proste "tak", karmiąc jej słuch kolejnym potaknięciem, kolejną informacją: masz smutne oczy, Jaskółeczko z Klatki - równie dobrze tak mógłby to ująć... a smutne oczy często bywały pociągające na swój sposób, zwłaszcza, gdy potrafiły stać się tak odpychające i niedostępne w drugiej chwili, jakby okryła się nieprzenikalną, niewrażliwą na obrażenia zbroją.
_________________
Siedzę teraz sam w ogrodzie
Wśród umarłych kwiatów
Trefne karty rozdał los,
Więc przegrałem partię z nim
A życie toczyło się dalej.
 
 
Ceridwen Murray


21 lat

Ceridwen




syndykat-female http://i.imgur.com/WXYGpT9.png

Wysłany: 2017-01-13, 16:26   
   Multikonta: Lounarie; Annabeth; Mistrz Gry
[Cytuj]

Przeznaczenie jest przewrotną rzeczą. Raz wrzuca w ciepły, spokojny kąt, jakim dla Ceri była baza braci Yuriev, żeby zaraz wyrwać ją z niego i wrzucić w poszarpaną chłodem klatkę syndykatu. Nic dziwnego, że nie bardzo podobało jej się to miejsce. Może gdyby trafiła tutaj zamiast do braci Yuriev, może gdyby nie zostawiła tam swojego serca, to czułaby się w tym miejscu całkiem dobrze. Może wtedy nie stałaby tutaj patrząc z tęsknotą na jaskółki, tylko byłaby bardziej przydatna. Los jednak zadecydował inaczej i teraz stała w cieniu syndykatu i po raz kolejny była zmuszona do bezwzględnego wykonywania rozkazów płynących z góry. Prawdę mówiąc nie bardzo jej to pasowało, jednak jeśli chciała żyć musiała przystosować się do panujących tu warunków. Wtopić się w cień i udawać, że wszystko jest w porządku, dopóki nie będzie mogła bez przeszkód pójść w swoją stronę. Czuła się trochę jak kot, z którego ktoś na siłę próbuje zrobić posłusznego psiaka. A w jej naturze leżało, żeby chodzić swoimi ścieżkami i mieć swoje kaprysy. Oczywiście, potrafiła udawać, tyle że dalej była takim kotem, czy też jaskółką, która pragnęła wolności. Dalej potrafiłaby się postawić, gdyby uznała, że zaszła taka potrzeba. W tej chwili guzikiem zapalnym mógłby być chyba tylko jeden rozkaz, na którego wydanie była prawie zerowa szansa, więc najpewniej po prostu będzie siedzieć ze swoim zdaniem cicho.
Shirei tylko potwierdził jej przypuszczenia, że opuściła na chwilę swoją maskę.
- Chyba każdy kiedyś chciał być w jakimś innym miejscu. - Stwierdziła, po części też przyznając, że tęskni za miejscem, gdzie czuła się, w pewnym sensie, jak w domu.
_________________

Jaskółka siostra burzy, żałoba fruwająca
Ponad głowami ludzi, w których się troska błąka
Jaskółka znak podniebny jak symbol nieuchwytna
Jaskółka błyskawica w kościele obumarłym
NOTATNIK
RELACJE
GŁOS
UBIÓR

 
 
Shirei Shinoda
Be like snow: beautiful but cold.


21

Pomarańcz




syndykat-male http://i.imgur.com/WXYGpT9.png

Wysłany: 2017-01-18, 13:04   
   Multikonta: Sahcio, Lampka
[Cytuj]

Ciężko było stwierdzić, czy odpowiedź Jaskółeczki była satysfakcjonująca - nie była wcale, chociaż faktycznie była przyznaniem się do tej tęsknoty... tylko tak nie w pełni. Ukryła ją między ogółem, wtopiła się w cień, w którym tak lubiła przebywać, by umknąć przed magnetycznym spojrzeniem Pomarańczowego, które przenikało do wnętrza - i bardzo ciężko było to spojrzenie zaliczyć do faktycznie przyjaznych przez tą dziwną aurę spokoju, która się wokół niego unosiła, oddzielając go od świata rzeczywistego i zamykając w przejrzystej bańce, których krańców ni granicy nie sposób było dostrzec. On za to poruszać się nie musiał, żeby do kogokolwiek trafić, by dotykać, chociaż stał parę kroków dalej, nie musiał wydobywać z siebie dźwięków, by faktycznie mówić. Ciężko też stwierdzić, czy maska, którą niewiasta przybierała, była satysfakcjonująca. Trzeba przyznać - była niezła - dobra na tyle, że rzeczywiście milczało jej ciało i milczały również zwierciadła duszy, ale ta dusza nie została zaprzedana Diabłu - gdyby tak było, to nie byłby świadkiem jej bezcielesnego lotu z jaskółkami.
- "Każdy" jest tylko anonimowym tłumem. "Kiedyś" jest tylko wspomnieniem. - Odsunął się od okna i gestem dłoni wskazał jeden z korytarzy. - Zechcesz mi towarzyszyć na śniadaniu? - To chyba niezobowiązująca propozycja... prawda? W tym popapranym miejscu gdzie hierarchia była tak istotna ciężko było stwierdzić co jest niezobowiązujące, a za co można przypłacić życiem.
_________________
Siedzę teraz sam w ogrodzie
Wśród umarłych kwiatów
Trefne karty rozdał los,
Więc przegrałem partię z nim
A życie toczyło się dalej.
 
 
Ceridwen Murray


21 lat

Ceridwen




syndykat-female http://i.imgur.com/WXYGpT9.png

Wysłany: 2017-01-23, 22:17   
   Multikonta: Lounarie; Annabeth; Mistrz Gry
[Cytuj]

Satysfakcjonująca, czy nie, przynajmniej odpowiedziała i to zgodnie z prawdą. Gdyby nie był pomarańczowy i nie przyłapał jej na tej melancholii to pewnie zaraz by się wyparła tej tęsknoty. Tyle, ze przed Shirei raczej nic nie mogło się ukryć, skoro to on przeszukał jej wspomnienia, kiedy tu trafiła. Mogła udawać, że wszystko jest w porządku i że nie obchodzi jej gdzie się znajduje, ale oboje wiedzieli, gdzie wolałaby być, więc nie widziała sensu, żeby akurat jemu wmawiać cokolwiek innego. Każdej innej osobie, która nie była pomarańczowym mogła wmawiać co chciała. Tylko przed nimi nie mogła się ochronić, czego w sumie czasem zazdrościła zielonym. Podążyła wzrokiem w kierunku, który wskazał, po czym zaraz wrócił on do sylwetki Japończyka.
Nie wiedziała, czy jego propozycja jest zatajonym rozkazem, czy tylko luźną propozycją. Nie chciała tego nawet roztrząsać, skoro i tak miała w końcu pójść na śniadanie, to równie dobrze może potowarzyszyć pomarańczce. Co jej szkodziło? No może oprócz tego, że chłopak może chcieć dalej ciągnąć temat związany z jej tęsknotą za ruskim bunkrem i pewną osobą, która go prowadziła. No, ale na to nic nie poradzi
- Oczywiście. - Coś zbyt rozmowna tego ranka nie była, pewnie będzie kiepskim towarzystwem przy posiłku, ale sam chciał. Ruszyła powoli w kierunku, który wcześniej wskazał jej Shirei.
_________________

Jaskółka siostra burzy, żałoba fruwająca
Ponad głowami ludzi, w których się troska błąka
Jaskółka znak podniebny jak symbol nieuchwytna
Jaskółka błyskawica w kościele obumarłym
NOTATNIK
RELACJE
GŁOS
UBIÓR

 
 
Shirei Shinoda
Be like snow: beautiful but cold.


21

Pomarańcz




syndykat-male http://i.imgur.com/WXYGpT9.png

Wysłany: 2017-01-25, 01:23   
   Multikonta: Sahcio, Lampka
[Cytuj]

Niemal pchało się na usta stwierdzenie, że dla kogoś, kto był w stanie czytać w ludzkich umysłach, słowa były niepotrzebne - ależ były - każde małe i większe słówko, które tworzyły naszą rzeczywistość, bo ta rzeczywistość tej smutnej dziewczyny była po prostu... pusta. Tak jak większość ludzi przebywających w tym miejscu. Laleczki z porcelany chodziły tutaj od ściany do ściany, jedne bardziej brzydkie, inne bardziej piękne, jedne przyciągające uwagę swoim światem, który posiadał echa dawnych dni, inne całkowicie blade, pozbawione wyrazu - wszystkie jednak miały to do siebie, że nie miały prawa się rozbijać, bo laleczki, które nie były w stanie już dzierżyć dłoni, były bezużyteczne - i bardzo wątpliwe, żeby Syndykat pragnął takowym zapewniać jakikolwiek wikt i opierunek. Za daleko było im do organizacji charytatywnej. Jednak czy cokolwiek mu przeszkadzało tak na dobrą sprawę? Można było odnieść wrażenie, że jemu generalnie chyba nic nie przeszkadzało w tym najprostszym zrozumieniu tego zwrotu. Zupełnie jak Ceri. Różniło ich w tym podejściu bardzo wiele - ona przyjmowała każdy z bodźców oddzielając się murem od tego, co działo się wokół niej, ale jednocześnie nie próbowała tego negować, on zaś trwał z otwartymi ramionami i nie wzbraniał się przed żadnym z ataków - bardzo złudne podejścia, ich obu... bo oboje bardzo dobrze wiedzieli, że w nietrwałym świecie mocnych murów dziewczyny tęsknota była jej słabością, która utrzymywała wciąż jej serce przy życiu. Prawdopodobnie bardziej chciała chronić tą tęsknotę i resztki swego człowieczeństwa niż siebie samą.
- Wierzysz w obietnicę wolności składaną przez tą organizację po wypełnionej misji? - Mogła kłamać, naturalnie... ale kłamstwo przy Pomarańczowym to zawsze był zły pomysł, zwłaszcza że przeszukał jej mózg już wystarczająco dokładnie, by tak naprawdę sam mógł sobie na większość pytań odpowiedzieć.
_________________
Siedzę teraz sam w ogrodzie
Wśród umarłych kwiatów
Trefne karty rozdał los,
Więc przegrałem partię z nim
A życie toczyło się dalej.
 
 
Ceridwen Murray


21 lat

Ceridwen




syndykat-female http://i.imgur.com/WXYGpT9.png

Wysłany: 2017-02-06, 14:52   
   Multikonta: Lounarie; Annabeth; Mistrz Gry
[Cytuj]

Chwilowo ta pusta, porcelanowa laleczka, którą była Ceri nie była zbyt potrzebna. Musiała zaleczyć rany, dopiero wtedy mogła cokolwiek zacząć robić, więc do tego czasu chciała, albo może wręcz musiała przeżyć swoją rozpacz i ogarnąć się na tyle, na ile tylko mogła. Przynajmniej póki nic jej za tą rozsypkę w której była nie groziło. Z resztą przeżyła ligę, to i to jakoś przeżyje, wystarczy znaleźć nowy sposób na spychanie emocji wgłąb siebie.
Zamyśliła się na chwilę nad odpowiedzią na pytanie Shirei.
- I tak i nie. Mam nadzieję, że jest ona prawdziwa, ale jakby na to nie spojrzeć, to kto normalny wypuściłby wolno wyszkolonych psioników? Praktyczniej byłoby wciągnąć nas do swojego wojska, ewentualnie tajnych jednostek, czy czegoś w tym stylu. - Wyrzuciła z siebie w końcu to, co jej się plątało po głowie. Nawet Lidze nie bardzo wierzyła, że kiedykolwiek pozwolą im tak po prostu wrócić do normalnego życia. Byli zbyt przydatnym i niespodziewanym dla innych wojskiem. Według większości dorosłych byli po prostu zagrożeniem, które trzeba kontrolować siłą. A jeśli ktoś ma pod kontrolą taką potęgę składającą się z oddziałów psioników, to kto by ją tak po prostu wypuścił? Kto by zrezygnował z potęgi tylko dla dobra garstki dzieciaków, która i tak nie bardzo wie jak powinno wyglądać normalne życie? Sama miała gdzieś głęboko w sobie cichą nadzieję, że pozwolą jej pójść w swoją stronę. Spróbowałaby odnaleźć Leviego, nawet jeśli znalazłby sobie w międzyczasie kogoś innego, to chciała żeby wiedział chociaż tyle, że nie odeszła z własnej woli. A potem... Potem nie wiedziała co by robiła. Wszystko zależało od tego, co się stanie, co będzie, więc nie bardzo było sensu tego roztrząsać w nieskończoność.
„Chwytaj dzień, bo przecież nikt się nie dowie, jaką nam przyszłość zgotują bogowie…”
Wychodziło na to, że w sumie dobrze, że pozwoliła sobie w systemie po prostu na bycie sobą. Owszem, zdarzało jej się łazić z przyzwyczajenia z obojętną miną, ale tam... Czuła się na miejscu, bezpiecznie i jak w domu. Chciała tam jeszcze kiedyś wrócić, o ile los jej na to pozwoli.
_________________

Jaskółka siostra burzy, żałoba fruwająca
Ponad głowami ludzi, w których się troska błąka
Jaskółka znak podniebny jak symbol nieuchwytna
Jaskółka błyskawica w kościele obumarłym
NOTATNIK
RELACJE
GŁOS
UBIÓR

 
 
Shirei Shinoda
Be like snow: beautiful but cold.


21

Pomarańcz




syndykat-male http://i.imgur.com/WXYGpT9.png

Wysłany: 2017-02-13, 02:52   
   Multikonta: Sahcio, Lampka
[Cytuj]

Odłamki porcelany przesuwały się pomiędzy palcami, nie raniły skóry Japończyka, przedstawiciela rodziny, która oplatała swoje ręce na japońskim rządzie i na organizacji, która zamknęła w klatce Jaskółeczkę. Byli tacy ludzie, którzy od razu wpadali Shinodzie w oko - ludzie, którzy bili w jego czarnych ślepiach tygrysa na tyle silnym blaskiem, że pożerał ich na miejscu, pragnąc się zbliżyć, pragnąc dołączyć ich do kolekcji pięknych istot, które nawet nie były traktowane przedmiotowo, chociaż tak to właśnie brzmiało - Syndykat rządził się swoimi prawami, a prawa tego miejsca były świętymi zasadami Shinody, to się nie zmieniło i prawdopodobnie nie zmieni, dopóki jakiś szok nie napotka tego wciąż młodego mężczyzny, na co w najbliższym czasie wcale się nie zapowiadało - on w końcu nie zostanie rozdzielony z tymi, których kochał, którzy jego sercu byli bliscy - przecież nie było takich osób... Jeden Jake, tylko kto niby mógłby powiedzieć, że to miłość? Zachowanie Shirei'a nigdy nie było wobec członków tego ugrupowania równe, niektórzy mieli więcej przywilejów, by inni mieli ich mniej, chociaż jak to już pisałem - to była wątpliwa korzyść, by być "kimś", najlepiej pisanym przez wielkie "k", w oczach tego Pomarańczowego - jego niemal niewieścia, łagodna twarz anioła, łagodne spojrzenie i uśmiech - takie osoby z góry nie powinny istnieć w tym miejscu, przeczyły same sobie... z drugiej zaś strony Nathan również był miłym i uśmiechniętym gościem. Kenji? Kenji może i się nie uśmiechał, ale zdecydowanie nie był gburem, który od razu strzelał w twarz (ach, czyżby?) - wyglądało to tak, jakby cała głowa tej organizacji była po prostu sympatycznymi facetami, którzy postanowili coś osiągnąć, sięgnąć po jakąś zemstę, która zapłonęła w ich głowach... albo wykonywali po prostu swoje rozkazy i swoim usposobieniem starali się chociaż kropelkę sympatii zaskarbić od tych, których siłą wciągali tutaj mówiąc: służba albo śmierć? I to dosłownie. Teraz jednak nie było Jake'a, Annabeth i Ayato przy jego boku - była Ceridwen, która chociaż przyciągnęła jego uwagę, to nie była to uwaga na tyle mocna, by jego myśli w końcu nie wysunęły się do przodu, wciąż pozostając w swojej części przy rozmowie, ale w większości odpływając na temat "aktualnie ważne", reasumując je takim ogólnikiem. Ktoś kiedyś powiedział, że Niebo otworzyło się pewnego dnia, ten symbol wolności, że należy żyć w zgodzie z ptakami. Z jaskółkami zapewne też. Niestety zaraz potem ludzie podali sobie noże zamiast dłoni i upiekli ptaki, z którymi mieli żyć w zgodzie, a Bóg, który szeptał dobre słowo, zamilknął i odwrócił wzrok od ludzkiego przybytku.
- Słuszne spostrzeżenie. - Słuszne jak na amerykańską modłę... a japońską? Tam, gdzie honor i dane słowo miał tak wielkie znaczenie? Shirei nie sądził, żeby jego ojciec przystał na rozpowiadanie takiej obietnicy, gdyby nie był gotów jej spełnić, z prostej przyczyny: wojownicy zmuszani do służby nie byli tak wartościowi jak ci, którzy sami przychodzili, gotowi wiernie służyć szerzonym ideałom. Nie wypowiadał jednak tych słów na głos, chociaż może powinien ją przekonywać, jak to jest? Czy w oczach innych powinien był to robić, namawiać ją, zasypywać argumentami? Zamiast tego na moment zamilknął, jakby zastanawiał się nad jej słowami, które dręczyły jej wnętrze, tak... jakby rzeczywiście obchodziło go to, co dziewczyna ma do powiedzenia - i kto wie, może faktycznie obchodziło, w innym wypadku przecież po co niby zaprzątałby sobie głowę tą konwersacją? - Dlatego tak nie lubię tego kraju i ludzi w nim żyjących. - Odezwał się w końcu, wyginając na parę chwil mocniej kąciki ust ku górze. - Honor umarł na tej ziemi już w momencie, gdy przelewano na niej krew pierwotnych mieszkańców. - Brzmiało to gładko, miękko, jak opowieść snuta przez starszego brata przy ciepłym kominku, ale jednocześnie smutno - bo i sama opowieść przecież nie opływała śmiechem i radością. - Ludzie wdychający powietrze stworzone przez drzewa opite krwią nie mogą być zdrowi.
_________________
Siedzę teraz sam w ogrodzie
Wśród umarłych kwiatów
Trefne karty rozdał los,
Więc przegrałem partię z nim
A życie toczyło się dalej.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  


Forum zostało otwarte 2016-15-08. Właścicielką kodu wysuwanego elementu z boku jest corazon. Autorem systemu zakładek jest Noritoshi.
Strona wygenerowana w 0,095 sekundy. Zapytań do SQL: 10